Archiwa blogu

A moze by tak wejsc na wulkan? I 19-26.05.2012

Arequipa i wulkan Misti: 19.05.2012 – 26.05.2012

W Arequipie chcieliśmy spędzić tylko jedną noc, jednakże zmęczenie po Salkantay treku plus zatrucie pokarmowe zatrzymały nas tam 4 dni, podczas których udało nam się przejść centrum wszerz i wzdłuż. Najciekawsze wydało nam się muzeum Santuarios Andinos, w którym dowiedzieliśmy się o smutnej historii inkaskich dziewcząt składanych w ofierze bogom gór i wulkanów. Co prawda dla nich było to wielkie wyróżnienie poświęcić się dla dobra społeczności. Najbardziej znana jest 500-letnia mumia Juanita, której ciało zachowało się w doskonałym stanie dzięki niskiej temperaturze na wulkanie Ampato. Naukowcy mogli nawet stwierdzić, jaki był jej ostatni posiłek.

Arequipa to drugie co do wielkości miasto w Peru, liczy ok. 800 tyś. mieszkańców. Jak wiele miejsc w państwie Inków, jest otoczone pięknymi górami. Ale pod Arequipą jest coś jeszcze – aktywny wulkan Misti, o wysokości 5.822 m n.p.m, który widać z każdego punktu miasta.

Nigdy nie wchodziliśmy jeszcze na wulkan, a Misti kusił nas nawet z okna hostalu. Zdecydowaliśmy się  go zdobyć. Odwiedziliśmy szereg agencji turystycznych w celu zdobycia informacji logistycznych, planów oraz wypożyczenia sprzętu. Niestety, żadna agencja nie wiedziała do końca co sprzedaje, podawali sprzeczne informacje, niektórzy twierdzili, że bez przewodnika wejście jest niemożliwe. Ostatecznie udało nam się trafić do źródła, firmy Quechua zrzeszającej przewodników górskich,  gdzie wypożyczyliśmy namiot, karimaty, raki i czekany.

Z rana złapaliśmy colectivo, które wysadziło nas przy szosie wiodącej do mieściny Chiguata na wysokości 3.200 m n.p.m. Tu zaczęliśmy wędrówkę do podnóża wulkanu. Po 2 godzinach minęły nas 2 jeepy z turystami, których agencja podwiozła pod sam wulkan. Bardzo nam to było na rękę gdyż od strony południowej nie ma żadnych oznaczeń szlaku na Misti. Grupa turystów składała się z 10 osób, głównie Amerykanów i dwóch przewodników.

Od podnóża wulkanu, z wysokości 3.400 m.n.p.m. weszliśmy przy przepięknej pogodzie na 4500 m.n.p.m., gdzie rozbiliśmy obóz ok. godz. 17.00. Mięliśmy jeden duży, ciężki plecak i jeden mały oraz 9 litrów wody. W obozie ugotowaliśmy sobie przepyszne gorące zupki przygotowane przez najlepszych Chińskich kucharzy. Podpytaliśmy się przewodnika grupy o której zamierzają wyruszyć następnego dnia na szczyt Misti. Okazało się, że o 1.30 w nocy. Wyruszają tak wcześnie by zdążyć zejść ze szczytu przed zmrokiem, a ponadto na samej górze po południu bardzo mocno wieje. Poinformowaliśmy przewodnika, że pójdziemy za nimi i zaczęliśmy szykować się do snu. W dole tysiącem światełek błyszczała Arequipa. Noc, która zaczęła się dla nas o 18.00 była mroźna i wietrzna. Założyliśmy na siebie wszystkie ciepłe ubrania i po 5 par skarpet, ale sen i tak był przerywany przy temperaturze ok.-10st. C i głośnych rozmowach telefonicznych jednego z przewodników z jego ukochaną.

O 1.30 w nocy ruszyliśmy za naszą grupą. Sami byśmy w życiu nie poszli nocą, nasz plan zakładał wspinaczkę nad ranem. Przy świetle czołówek szliśmy gęsiego, niejednokrotnie wspinając się po głazach. Bardzo nieciekawie się chodzi po pyle wulkanicznym, zapada się w nim niczym w piachu, można nieźle zjechać w dół, szczególnie nocą. Nasze ubranie pokryło się pyłem, który drażnił nozdrza.

Najgorsza w tej wspinaczce nie była dla nas wysokość i mniejsza ilość tlenu, z którą radziliśmy sobie żując kokę, lecz przeszywający do kości chłód. Nie wiedzieliśmy, że na wulkanie może być aż tak zimno. Wspinaczka nocą na odkrytej przestrzeni, gdzie nie można się schować za żadnym drzewem przy hulającym wietrze tak wychładzała nasze organizmy, że zastanawialiśmy się czy nie zawrócić, jak zrobiło to 7 osób z tej zorganizowanej grupy. Jednak gdy spojrzeliśmy w dół, a potem w górę, uświadomiliśmy sobie, że za 2 godziny będziemy na szczycie, gdzie już operuje słońce, a jeśli zawrócimy to słońce dotrze na tę stronę wulkanu dopiero za 3 godziny.

Dołożyliśmy sobie liści koki i zaciskając zęby szliśmy dalej trzęsąc się z zimna. Na ostatnim odcinku dogoniliśmy przewodnika i 3 najwytrwalsze osoby z grupy. Uzbrojeni w raki i czekany po śniegu i lodzie doszliśmy do niecki wulkanu, gdzie świeciło już słońce. My na górze, a pod nami cały świat. Wciąż dygocąc z zimna staraliśmy się odtajeć w słońcu, które korzystając z okazji, spaliło nam skórę twarzy.

Zejście do obozu częściowo po śniegu, a częściowo po ruszających się głazach i pyle zajęło nam ok.3,5 h (wejście prawie 9h).  Podziwialiśmy widoki schodząc do podnóża wulkanu (kolejne 2h). Grupę zorganizowaną zabrały jeepy, a nam zostało jeszcze 1,5h do szosy. Niestety słońce zdążyło zajść i znów przy świetle latarek zmierzaliśmy, jak nam się wydawało, w stronę drogi. Jednak droga spod wulkanu do szosy jest bardzo kręta i ma wiele odnóży. W ciemności musieliśmy je pomylić gdyż światełka samochodów jadących szosą w ogóle się nie przybliżały. Co i rusz droga się kończyła, zaskakując nas małymi wąwozami. A już snuliśmy plany jak to się wykąpiemy w gorącej wodzie i zamówimy sobie pizzę do pokoju. Pizza jednak się oddalała wraz z każdym zakrętem prowadzącym w złą stronę. Wizja spędzenia kolejnej nocy w zimnie w namiocie nam się nie uśmiechała więc wściekli, zignorowaliśmy drogę, która nie prowadziła nas do celu i zaczęliśmy brnąć przez polanę i pampę w kierunku Arequipy. Co chwilę zaskakiwały nas małe wąwozy, które na szczęście były do pokonania bez większej ekwilibrystyki. Dochodzimy w końcu do jakiegoś domu, ktoś świeci nam latarką po oczach. Nie, to nie dom, to brama wyjściowa z terenu wulkanicznego na szosę. Uff, jesteśmy przy drodze. Pytamy się strażników jak dotrzeć do Arequipy. Jest przystanek autobusowy mówią, ale o tej porze może nic nie jechać. Próbujemy. Nic faktycznie nie jedzie. Ruszamy w stronę wioski Chiguata. O, jedzie jakieś Tico, machamy. Przejechało, cholera. A nie, wraca, wraca Tico kochane! Peruwiańska para zabiera nas na obrzeża Arequipy. Mówią, że o tej porze nic się nie zatrzymuje w okolicach wulkanu, nawet taksówki gdyż w tej okolicy kradną, ale my jakoś wzbudziliśmy ich zaufanie. Z obrzeży jedziemy do hostalu. Gorący prysznic, potem zamawiamy największą i najdroższą pizzę i 2l Coca Coli, które wlewamy w siebie i już bez mycia zębów zapadamy w sen.

Uważamy, że warto było wejść na Misti, ale zdecydowanie wolelibyśmy gdyby było tam cieplej. Następnego dnia okazuje się u lekarki, że mamy odmrożenia palców u stóp i stóp, ale wystarczy namaczać je w ciepłej wodzie z solą i smarować tłustą maścią aby paluszki wróciły do siebie. Niestety regeneracja potrwa ze 2 tygodnie. Dodatkowo poparzona skóra na twarzy zaczęła schodzić. Na szczęście po paru dniach już będzie ok.

 

Cuzco i Salkantay trek do Machu Picchu I 11 – 18.05.2012

Cuzco i Salkantay trek do Machu Picchu: 11.05.2012 – 18.05.2012

Będąc w Paracas poznaliśmy uroczą parę z Finlandii, która następnego dnia miała lot powrotny, kończący ich dwumiesięczną podróż po Peru. Bardzo zachwalali nam 4-dniowy trekking o nazwie „Salkantay” prowadzący do Machu Picchu, organizowany przez agencje w mieście Cusco. Finowie przed wylotem postanowili jeszcze ofiarować nam ogromną torbę liści koki, których stanowczo nie mogli zabrać do Finlandii. Zachwalali zbawienne działanie liści przy bólach głowy na dużych wysokościach.

Chwilę się zawahaliśmy, w końcu przed wyjazdem rodzice przestrzegali, by nie brać nic od nieznajomych, a tymczasem po kilku dniach w Peru posiadamy kilogram liści koki. Przewertowaliśmy przewodnik i okazało się, że liście są tu legalne, robi się z nich m.in. herbatę. Będąc w górach wkłada się liście wraz z białą kredą (nie, nie jest to heroina, a jakiś utleniacz/ akcelerator smakujący jak cukier) między policzek a dziąsła i należy je namaczać śliną. Po dłuższym czasie policzek i dziąsła zaczynają drętwieć i traci się w nich czucie. Chyba wtedy właśnie należy liście wypluć, musimy się o to dopytać. Nie wolno gryźć liści gdyż jest to niezdrowe dla żołądka.

Przedostaliśmy się autobusem nocnym z Nazca do Cusco, położonego na3300 m.n.p.m. Cusco, jak bodajże wszystkie peruwiańskie miasta, w centrum posiada główny plac – Plaza de Armas. W Katedrze można podziwiać ciekawy obraz Marcosa Zapata przedstawiający Ostatnią Wieczerzę, na której jako główne danie zaserwowano świnkę morską. Zwierzaczek ten należy do panteonu peruwiańskich dań. Zjedliśmy kotleciki z jednej świnki morskiej na miejskim targu i były palce lizać!

W Cusco przygotowaliśmy się do trekkingu szlakiem „Salkantay”. Uzyskaliśmy mapki od agencji turystycznych (niestety niezbyt szczegółowe), wypożyczyliśmy namiot, karimaty, dokupiliśmy nową butlę gazową oraz zapasy jedzenia na 4 dni (na trasie nie ma wiosek, sklepików).

Z Cusco złapaliśmy busik do Limatambo, a stamtąd colectivo (zbiorczą taksówkę). Siedząc jednym półdupkiem na siedzeniu, które dzieliliśmy w dwiema babuszkami (mówiącymi w quechua), ich kurami i kurzymi klatkami oraz zawianym Peruwiańczykiem, który nie wiedział dokąd chce jechać, dotarliśmy serpentynami do miasteczka Mollepata.

Początek wędrówki okazał się nieco skomplikowany gdyż nie znaleźliśmy oznaczeń szlaku. Na szczęście spotkaliśmy tubylca, który przez 15 minut czekał na dole pierwszego wzgórza i machał nam wskazując czy dobrze idziemy. Ścieżka prowadziła przez pola i pastwiska, aby potem zamienić się w ubitą drogę. Trochę ciężko było znów maszerować z plecakiem po 2 miesiącach „wożenia się” autem po Australii. Co prawda zostawiliśmy część naszego ekwipunku w hostalu w Cusco, ale plecaki ciążyły nam jak nigdy.

Maszerując przechodzi się koło licznych strumyków więc nie ma problemu z pozyskaniem wody, którą Peruwiańczycy piją ze strumienia, a my musieliśmy uzdatniać pastylkami. Po 6 godzinach wędrówki dotarliśmy do obozowiska w Soraypampa, a tu elegancja Francja, jest nawet bieżąca, lodowata woda oraz kibelek. Wszystko darmowe. Takich luksusów się nie spodziewaliśmy. Przed nami rozbiło swoje namioty około 6 grup; jedni przyjechali konno, inni jeepami aby z rana zacząć maszerować, kolejni pieszo z kawalkadą koni niosących ich dobytek. Na polowych kuchenkach kucharze w śnieżnobiałych, kucharskich czapkach (sic!), pyrcili kolację dla swoich grup. Zorientowaliśmy się, że peruwiańscy tragarze mają lepsze życie niż ci z Nepalu gdyż nie noszą bagaży turystów na plecach i głowach, wszystko taszczą za nich koniki. Generalnie tylko my we dwójkę wyglądaliśmy jak ci nepalscy tragarze i chyba wzbudzaliśmy nieco litość gdyż w obozie przewodnik zaoferował nam jedzenie, tłumacząc, że skoro nie mamy własnego kucharza, to może chociaż zjemy gorącej sałatki owocowej na śniadanie. Ach, jakże nam smakowała po lodowatej nocy w namiocie przy minusowej temperaturze (około -5 do -100C). Chociaż nasze gorące zupki chińskie na kolację też były niczego sobie.

Drugi dzień zakładał podejście na4.600 m.n.p.m na szczyt El Paso. Wyszliśmy z obozowiska jako ostatni, 2h po grupach, aby iść sami. Na trasie mijały nas konie tych grup, które mimo ciężarów truchtały szybciej od nas. Podchodzenie pod Salkantay zmęczyło nas okrutnie, zastanawialiśmy się tylko co jeszcze możemy zjeść aby ulżyć ramionom i nosić jedzenie w brzuchu, gdzie jego miejsce. Zdobyliśmy upragniony szczyt, który był najwyższym punktem przez nas zdobytym do tej pory i ruszyliśmy przez równiny w dół. Droga, mimo że łatwiejsza, zdawała się nie mieć końca. A tak wyglądał widok z El Paso:

http://youtu.be/p6Zh1t2aU1U

Zaczęło się robić późno, według naszych wyliczeń powinniśmy być już blisko obozowiska, a przed nami tylko gąszcz drzew nie pozwalających dojrzeć co będzie za rogiem. W końcu trafiamy na pojedynczą chatkę. Pytamy się jak daleko do obozowiska w Challway. Miejscowy odpowiada, że 4 godziny. Wydaje się nam to niemożliwe, czy aż tak wolno szliśmy? Już nikt nas nie mija, żaden konik. Przyspieszamy. Po godzinie widzimy kolejną chatkę. Tu miejscowy nam mówi, że do Challway zostały 2 godziny. Kurczaki, będziemy szli po ciemku. A jeśli grasują tu resztki Sendero Luminoso? Idziemy coraz szybciej. Jest już 17.30, jeśli zostały nam 2 godziny to półtorej będzie po ciemku, a tu końca nie widać. Oho, słyszymy ludzi, ktoś idzie, nie widzimy kto bo zaczyna zmierzchać. Zza rogu wyłania się pastuszek z żoną i czeladką dzieci. Mówi, że do Challway została tylko godzina. Uff, to blisko. Idziemy marszobiegiem. Ściemnia się, zaraz wyjmiemy latarki. Idziemy jakieś 20 minut, wchodzimy za róg, a tam obóz! Iw tym momencie zaszło słońce i zapadła ciemność. Zdążyliśmy w samą porę. W Challway leży kilka chatek i jest mini sklepik z piwem i przekąskami. Własnie piwa nam było trzeba.

Rano poznajemy Argentynkę i Francuza, którzy tak jak my, idą sami. Mają dużo mniejsze plecaki, mówią, że nie gotują, jedzą tylko na zimno. Częstujemy ich gorącą herbatą z liści koki, którą zaczynamy dzień. Oni chcą zrobić trasę wolniej, o dzień dłużej więc ruszamy dalej sami. Idziemy wśród potoków i majestatycznych, zadrzewionych wzgórz. Dochodzimy do miejscowości La Playa. Tutaj bierzemy busa do Santa Teresa. W busie poznajemy parę pięćdziesięcioletnich Anglików i ich przewodnika, którzy zapraszają nas na wspólne obozowanie i moczenie się w źródłach termalnych w Santa Teresa. Zgadzamy się. Miasteczko Santa Teresa oraz infrastruktura gorących źródłach zostały zniszczone parę lat temu przez rzekę Urubamba, która wylała. Obecnie nie widać śladu po tej powodzi, ale miejscowi twierdzą, że mimo odbudowy to jeszcze nie tak, jak było.

Czwartego dnia żegnamy naszych Anglików i idziemy pieszo z Santa Teresa do stacji kolejowej ”Hidroelectrica”. Stąd maszerujemy 2h wzdłuż torów do turystycznej mieściny Aguas Calientes, leżącej u podnóża Machu Picchu. Bierzemy pokój z łazienką i taplamy się pod prysznicem, w końcu nie kąpaliśmy się przez cztery dni. Objadamy się „menu del dia” w lokalnej knajpie, czyli za 7 zl konsumujemy zupę, drugie, deser i kompot. Potem w sklepie dokupujemy jeszcze pół kilo ciasteczek i czekoladek aby naładować baterie.

Piąty dzień. Wstajemy po 4 rano aby wejść na Machu Picchu przed wycieczkami. Dochodzimy do podnóża góry, a tu most na drugą stronę rzeki zamknięty. Strażnik siedzi w swojej budce i informuje nas, że most otworzą dopiero o 5.00 rano. Za nami schodzą się rzesze innych sprytnych, którzy też chcą być przed tłumami. O 5 otwierają most. Sprawdzają nasze bilety, paszporty, a potem w ciemności, z latarkami, odbywa się wyścig na szczyt. Mamy przewagę. Godzinną trasę pokonujemy w 40 minut i jesteśmy na górze w pierwszej piątce. Tu kolejne bramki, które otworzą dopiero o 6.00. O 6.00 przyjeżdżają też pierwsze autobusy z Aguas Calientes na szczyt, przejazd za osobę kosztuje bagatela 10$, czyli równowartość naszego dwuosobowego pokoju z łazienką. Otwierają bramki. Wchodzimy bez tłumów na Machu Picchu.

Machu Picchu zapiera dech w piersiach ze względu na swoje położenie, jednak musimy przyznać, że droga do Aguas Calientes – te prawie80 km, a nie cel, była ciekawsza. Andy zrobiły na nas jeszcze większe wrażenie niż Machu Picchu. Trasa przez „Salkantay” jest bardzo urozmaicona i malownicza. Poznani przewodnicy twierdzili, że znacznie wygrywa krajobrazowo z najbardziej obleganą trasą trekkingową ”Inca trai”. Ponadto nie spotyka się tu rzeszy turystów.

Miasto Inków pięknie się prezentuje z dwóch szczytów położonych tuż obok gór- Huayna Picchu, na które należy wykupić z kilkudniowym wyprzedzeniem oddzielną wejściówkę (my kupiliśmy w Cusco).  Zamglony widok z Huayna Picchu prezentował się następująco:

http://youtu.be/j8HZUsKvC5g

Po kilku godzinach kontemplacji i zwiedzania schodzimy do Aguas Calientes na menu del dia. Po posiłku, na piechotę, znów wzdłuż torów dochodzimy do „Hidroelectrica”. Robi się ciemno więc bierzemy colectivo do Santa Teresa, a stąd do Santa Maria- mieściny gdzie diabeł mówi dobranoc. Ulice to klepiska, nie ma ciepłej wody, gliniane domki bliskie są naturalnemu rozpadowi. Padamy więc zostajemy tu na nocleg. Następnego dnia wracamy autobusem do Cusco.

Oto pokonana trasa:

1 dzień: Cusco – (busy i colectivo 4h) – Mollepata (2.900 m n.p.m.) – (trekking 21 km/ 6h) – Soraypampa (3.700 m n.p.m.)

2 dzień: Soraypampa – (trekking 5 km/ 4h) El Paso, czyli Sakantay Pass (4.600 m n.p.m.) – (trekking 16 km/ 5h) –  Challway (2.860 m n.p.m.)

3 dzień: Challway – (trekking 14 km/ 4,5h) – Playa (2.500) – (bus 1h) – Santa Teresa (2.000 m n.p.m.)

4 dzień: Santa Teresa – (trekking 10 km/ 2,5h) – Hydroelectrica – (trekking 10 km/ 2h) – Aguas Calientes (1.680 m n.p.m.)

5 dzień: Aguas Calientes – Machu Picchu – Huayna Picchu – Aguas Calientes – Hidroelectrica – Santa Maria (długi dzień trekkingu…)

W sercu Australii I 28 – 31.03.2012

West Mac Donnell National Park, Alice Springs: 28.03.2012 – 31.03.2012

Aby dostać się z Kings Canyon do parku narodowego West Mac Donnell można wybrać jedną z trzech dróg: autostradę, drogę dla samochodów 4×4, bądź Mereenie Loop. Ta ostatnia trasa jest najkrótsza- jedyne150 km, ale przeznaczona głównie dla samochodów terenowych. Wiedzie przez tereny Aborygenów i służy jedynie jako transfer. Aby nią jechać należy wykupić pozwolenie za 5$. Dostaje się wtedy książeczkę informującą o zakazie zbaczania z głównej drogi, zakazie nocowania czy biwakowania na terenach aborygeńskich. Myśleliśmy, że150 kmzajmie nam może 2-3 godziny i wyruszyliśmy trochę późno. Po 2 godzinach zaczęło zachodzić słońce (jeszcze się nie przestawiliśmy z wcześniejszej strefy czasowej). Droga była pokryta ostrymi kamieniami, nie pozwalającymi na jazdę powyżej 30 km/hnaszym autem. Mimo fatalnych warunków nie mogliśmy, zgodnie z pozwoleniem, zatrzymać się tam na noc. Przed zmierzchem zobaczyliśmy dingo i kilka dzikich wielbłądów. Australia jest krajem, gdzie żyje najwięcej dzikich wielbłądów. Sprowadzili je dawno temu podróżnicy z Europy, miały pomóc w eksploracji kontynentu. Podróżnicy umarli na skutek upałów, a wielbłądy się szybko rozmnożyły (jak wszystko tutaj!) i biegają sobie po Australii.

Nocą przebiegały nam przed maską co i rusz dzikie konie w odcieniach szarości, z czarnymi grzywami. Potem znowu ukazały się 3 wielbłądy-  przechodziły dostojnie drogą, nie bacząc na nas. A potem jeszcze na środku drogi spotkaliśmy bardzo głupie cielę, które nas nie widziało i dopiero gdy spojrzeliśmy mu (z auta) głęboko w oczy to odskoczyło jak szalone.

Po 6 godzinach dotarliśmy do Parku Narodowego. Nie można w nim nocować, ale byliśmy tak padnięci, że przespaliśmy się przy pięknym punkcie widokowym (dopiero kilka dni później dowiedzieliśmy się, że kara za nocowanie w parku narodowym bez pozwolenia to bagatela 1.500$).

Park West Mac Donnell National Park ma tak wiele tras trekkingowych, że można by tam łazić i łazić. Nam bardzo podobał się7,5 kmtrekking zaczynający się w Ormiston Gorge. Po przejściu5 kmdroga się jednak urwała (faktycznie, mówili coś o deszczach w ostatnim czasie). Można było albo zawrócić albo kilkakrotnie przedzierać się rzeką. Wybraliśmy krótszą opcję. Na szczęście rzeka nie była aż tak głęboka by nas zakryć więc z wodą po pachy dotarliśmy do celu. To był nasz najfajniejszy trekking do tej pory.

Cudownym miejscem w parku jest zakątek o nazwie Ellery Creek Bighole, gdzie można piknikować, campingować i kąpać się w przepięknej grobli.

Z parku pojechaliśmy do Alice Springs, największego miasta outbacku. Miasto mało urokliwe, słynące z licznych kradzieży. Dlatego, gdy pod marketem podchodzi do mnie jedna Aborygenka na odległość 3 centymetrów (Marcin w tym czasie robi zakupy), w myślach się zastanawiam jak się obronić przed kradzieżą. A ona, wczorajszym oddechem zionie mi prosto w twarz: „It’s soooooooooo hot!” i odchodzi. Jak widać, nawet Aborygenom doskwierają upały.