Archiwa blogu

East Coast I 12 – 23.04.2012

Wschodnie Wybrzeże, Queensland i New South Wales: 12.04.2012 – 23.04.2012

Sławne plaże wschodniego wybrzeża na pierwszy rzut oka przypominają plaże europejskie. Z tą małą różnicą, że w Australii fale są dużo większe, często występują parzące meduzy (pozostawiające blizny na całe życie), rekiny albo krokodyle w okolicy. Już nie będziemy narzekać na zimną wodę w Bałtyku bo przynajmniej można się w niej kąpać bez zagrożenia życia. Od Cairns aż po Byron Bay kąpiele w oceanie okazały się niewskazane. Z tego powodu miasta na przestrzeni lat zainwestowały w infrastrukturę zastępczą i wybudowały laguny wodne – baseny przy plaży. Sprawdzaliśmy empirycznie każdą lagunę na naszej drodze, m.in. w Cairns, Airlie Beach, Mackay i Caloundra. Wkoło zazwyczaj posiada się dostęp do prysznicy, wody pitnej i piecyków na barbeque.

Wschodnie wybrzeże to również kierunek docelowy większości surferów. Przybywają licznie na plażę z samego rana, już od 5.00 szukając największych fal. Czasem wstawaliśmy równo z nimi aby przeparkować samochód zanim przyjdzie patrol miejski, stąd wiemy. Bardziej doświadczeni często startują z wystających z oceanu skał, a ci mniej pewni siebie wchodzą z brzegu.

Gdy opuszczaliśmy jedną z plaż o nazwie „Mission Beach”, gdzie wiało i padało niemiłosiernie, naszym oczom ukazała się….. cassowara! Nareszcie! Od tylu dni jej szukaliśmy! Kroczyła powoli wzdłuż krawędzi lasu. Duża niczym emu i kolorowa pod szyją jak papuga, wyglądała mało przyjaźnie, a wręcz zadziornie, taki z niej leśny hultaj.

Ruszamy dalej. Zdążyliśmy przejechać zaledwie kilkaset metrów gdy zatrzymuje nas młody backpacker z deskorolką. Chce jechać na południe. Zabieramy chłopaka, który również okazuje się Niemcem (jak wcześniejszy autostopowicz, którego wzięliśmy). Peter ma 20 lat i autostopem zwiedza Australię. Swój dobytek – plecak i namiot wozi za sobą na deskorolce, tak mu lżej. Rodzicom powiedział, że jeździ pociągami za zarobione na farmie pieniądze. Właśnie skończył pracę na farmie, gdzie zrywał banany. Opowiada, że bywało niebezpiecznie ze względu na pytony, które lubią wygrzewać się na bananowcach. Mimo, że łapanie stopa w Australii jest oficjalnie zakazane, nie jest to wcale trudne. Peter czeka średnio pół godziny aż ktoś się zatrzyma. Często jest zapraszany na kolację i nocleg do domów Australijczyków, którzy go podwożą. Pytamy się czy oglądał film „Wolf Creek”, o którym kilkakrotnie słyszeliśmy. Film opowiada historię, która wydarzyła się ponad 10 lat temu w Australii. Oprawca – Australijczyk zabierał z drogi autostopowiczów aby potem ich mordować. Takie mrzonki nie robią jednak na młodym Peterze żadnego wrażenia. Zostawiamy go na skrzyżowaniu pod Townsville gdyż w tym mieście mamy umówioną kanapę.

W Townsville gościmy u emerytowanego żeglarza/nurka, który większość swego życia spędził albo na wodzie albo pod wodą. Jego bogaty życiorys wystarczyłby na kilka ludzkich żyć. W wieku 24 lat uciekł śmierci gdy jacht wywrócił się na oceanie podczas sztormu. Z ośmioosobowej załogi przeżyła tylko trójka. To doświadczenie nie przeszkodziło mu dalej żeglować. Później jako płetwonurek wyłapywał okazy różnorakich ryb, które umieszczono w  oceanarium w Townsville. Wciąż zwiedza świat, jeździ gdzie się da, najbliższa podróż to rejs z kolegą jego jachtem do Japonii, a stamtąd do Ameryki Południowej.

Townsville jest bardzo przyjemnym i ładnym miastem, o dziwo mało turystycznym. Żyje z przemysłu oraz wojska. Tutaj znajduje się baza nalotowa. Pod Townsville przeszliśmy się na17 kmtrekking do Alligator Creek, tak nam się spodobał australijski „bushwalking”.

Kiedy indziej kupiliśmy wycieczkę motorówką na Whitsunday Islands, piaskowe wyspy przecudnej urody. Najbardziej znana plaża i uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie – Whithaven owszem, jest śliczna, ale w oceanie pływają meduzy i kąpiel jest niewskazana, już znamy tę śpiewkę. Marcin jest wniebowzięty gdyż plaże zamieszkuje cała masa Lolków (dużych jaszczurów), które podchodzą bardzo blisko. Jeden polizał mu nawet nogę (może sprawdzał czy smaczna;).

Ogromne wrażenie zrobiło na nas Brisbane, stolica Queensland. Jest to miasto do życia, nie za duże, nie za małe, po prostu idealne. Posiada centrum CBD z wieżowcami, ale także lagunę, gdzie w chłodzie można podziwiać drapacze chmur. Zachwyciła nas przepięknie zagospodarowana przestrzeń publiczna z parkami, skwerami, kaskadami kwiatów, rosarium, ścieżkami dla pieszych i rowerzystów. Wieczorem można potańczyć na placu gdzie dla chętnych za darmo odbywają się lekcje salsy albo poszukać precjozów na nocnym targu. Tam widzieliśmy Polaka, który zrobił furorę sprzedając hiszpański smakołyk „churros” (smażone w głębokim oleju pączki w kształcie rurki). Brisbane ma również swoje „London eye”, z którego roztacza się panorama na miasto. W jednym parku udało nam się zobaczyć nie śpiące koale. Bawić się może nie bawiły, ale śmiesznie wcinały liście i sprawnie wspinały się na drzewa.

Dalej odwiedziliśmy Surfers Paradise- miejską dżunglę, mekkę surferów. Na aktualnej mapie zaznaczyliśmy miejskie kempingi, na których chcieliśmy przenocować, ale na miejscu zauważyliśmy, że już zostały zabudowane kolejnymi wieżowcami. Nie pozostało nam nic innego jak nocować na parkingu. Odsypialiśmy tę noc potem na bardzo sympatyczne plaży Byron Bay, położonej już w kolejnym stanie – New South Wales, którego stolicą jest Sydney.

Wschodnie wybrzeże to również kult ciała i zdrowego trybu życia. Widzi się całe grupki biegaczy, a matki z wózkami nie spacerują, tylko uprawiają marszobieg.

W krainie wodospadów I 31.03 – 08.04.2012

Queensland –  Tablelands: 31.03.2012 – 08.04.2012

Przekroczyliśmy granicę z kolejnym stanem – Queensland. Nocowaliśmy na kanapie u nieco starszego od nas Australijczyka, który pracuje w kopalni, a w wolnym czasie poluje na dzikie świnie. Po 8 latach pracy górnika zdecydował się sprzedać dom (co nastąpi za miesiąc), aby kupić hotel w Serbii. Nigdy tam nie był, ale słyszał że jest pięknie i hotel można kupić za $100.000, co stanowi zaledwie połowę rocznej pensji górnika.

Miasteczko Mount Isa żyje z kopalń. Liczba kobiet jest tu tak niska, że burmistrz miasta zaczął prosić Australijki aby przyjeżdżały do Mt Isa szukać męża. A warto, bo pełno tu rosłych, silnych, odważnych i bogatych chłopaków.

Jadąc z wysuszonego serca kraju widać jak niesamowicie zmienia się krajobraz na coraz bardziej zielony. Pojawia się więcej zwierząt i mniej much, zżeranych przez jaszczurki i ptaki. Trzeba jednak często zamykać okna gdyż fetor z martwych kangurów jest nie do zniesienia. Na odcinku 200km minęliśmy z 50 kangurzych nieboszczyków. W Australii główne drogi czy autostrady nie są grodzone i wszystko może wpaść pod koła, stąd tak liczne, dziwne dla nas znaki drogowe. W Queensland poznaliśmy kolejnego zwierza, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia- kangura drzewnego. Jest to, jak sama nazwa wskazuje, kangur przesiadujący na drzewach. Wygląda jak pies na drzewie.

Tak jak człowiek, wszystkie stworzenia ciągną do wody, a w Queensland stworzeń co niemiara. Najlepiej można zaobserwować to zjawisko wchodząc do publicznej toalety nocą. Żaby skaczą dosłownie z nieba do kranu, a ropuchy odpoczywają przy odpływie wody. Żuczki siadają na kurkach, a pod prysznicem można znaleźć np. groźną stonogę. Raz dojrzeliśmy też węża, chowającego się w uskoku przy sklepieniu. Jeżeli jest się babą to lepiej iść w krzaki albo przeczekać do rana.

Zupełnie przypadkiem, na skutek ostatnich ulew w Queensland i zamknięcia licznych dróg, znaleźliśmy się na trasie obfitującej w wodospady, rzeki i góry, co nas bardzo ucieszyło gdyż mieliśmy gwarancję codziennych pryszniców w wodospadzie bądź jeziorze. Region ten leży w głębi lądu na zachód od Cairns i nazywa się Tablelands. Tutaj też znajdują się góry Misty Mountains, które są malownicze, lecz kiepsko oznaczone więc ciężko dotrzeć do jakiegokolwiek punktu widokowego. Zamiast wejść na szczyt okrążyliśmy jedną górę. Kolejny trekking prowadził wzdłuż odchodów dzikiej świni, a może wombata. Nasz kolega z Mount Isa by się pewnie ucieszył, ale my przemierzaliśmy szlak na paluszkach, tym bardziej, że kilkakrotnie coś dużego szeleściło w krzakach. Świnia, na nasze szczęście, nie chciała nas poznać osobiście.

Najszerszy wodospad stanu leży pod Ravenshoe, inne równie ciekawe widzieliśmy przy Milla Milla. Godzinę od Cairns trafiliśmy na sztucznie utworzone, olbrzymie jezioro Tinaroo. W weekendy jest mocno eksploatowane i musi znosić najazd brzęczących skuterów i motorówek, ale da się znaleźć małe, piaszczyste plaże tylko dla siebie.

W Queensland rośnie mnóstwo bananów, a mieszkańcy tego stanu nazywani są „banana benders”- nie mają nic lepszego do roboty jak prostować banany.

Kierowcy nie przestrzegają tu przepisów, jeżdżą powyżej dozwolonych limitów i można zapomnieć o przepuszczeniu pieszego na pasach. Jeden kierowca mało nie przejechał Marcina pod sklepem. Widać też tutaj wiele znaków proszących „Grey Nomads”- szarych nomadów o ostrożną jazdę. Szarzy nomadowie to Australijczycy, którzy na emeryturze sprzedają zgromadzony majątek bądź wynajmują dom aby wyruszyć w kilkuletnią podróż życia wkoło Australii. Tacy sześćdziesięciolatkowi przeżywający drugą młodość, po spełnieniu już wszystkich obowiązków narzuconych przez społeczeństwo. Ponoć nic nie jest im straszne.

A oto przykład przyszłych „siwych Nomadów”:

http://youtu.be/S5dBMcnDh24