Archiwa blogu

Lekarz, policja i eskorta z wyspy I 01-03.01.2012

Havelock, Port Blair, Wandoor

Na Andamanach mieliśmy niewątpliwą przyjemność poznać służby medyczne i mundurowe.

Lekarz

Przychodzi Marcin do lekarza, gdyż w nocy nieco opuchł. Pod gabinetem lekarskim jest kolejka, która się nie zmniejsza. Marcin wchodzi do gabinetu z pytaniem kiedy przyjdzie lekarz. Korpulentna Hinduska bawiąca się telefonem komórkowym oznajmia, że ona jest lekarzem, ale nie ma prądu więc nie może nikogo przebadać. Jest godzina 10.00 rano, w gabinecie zupełnie jasno. Marcin prosi by go obejrzała na korytarzu gdzie jest jeszcze jaśniej, albo chociaż dotknęła jego opuchlizny. Lekarka jest niewzruszona i tłumaczy, że nie zacznie badania bez prądu. Po 15 minutach włączają światło. Wtedy lekarka zaczyna pracę i nie patrząc nawet na schorzenie, dotyka opuchlizny i przepisuje leki. W przyszpitalnej aptece leki dostaje się za darmo, dokładnie taką ilość tabletek, jaka jest potrzebna, a nie całe pudełko, więc żaden lek się nie zmarnuje. Podczas kolejnych spotkań z Panią doktor (były łącznie 3) zmieniała się diagnoza – najpierw była to reakcja na słońce i wodę, potem infekcja po zakażeniu od wody, aż ostatecznie winą zostały obarczone miejscowe pluskwy.

W przychodni i szpitalu wiszą plakaty odwodzące Hindusów od przesadnej kopulacji.

Policja i służby leśnicze

Jak już wspominaliśmy nasz lot 28 grudnia przepadł, gdyż nie mogliśmy się wydostać z naszej wysepki na większą z lotniskiem. Za dodatkową opłatą przebukowaliśmy bilet na 3 stycznia 2012. Postanowiliśmy upomnieć się o zwrot kosztów do ubezpieczyciela. Udaliśmy się po stosowne zaświadczenie o cyklonie i braku możliwości podróżowania między wyspami do 2 instytucji:

  1. Port Havelok. Menadżer portu skierował nas do asystenta głównego inżyniera, który jest zarządcą wyspy. Niestety Mr. Wassu od paru dni był nieobecny, a swoich uprawnień nie przekazuje nikomu. Po długich prośbach skierowano nas do zarządcy lasów i środowiska na Havelock. Tam trafiliśmy na przesympatycznego pana, który wystawił nam zaświadczenie, uraczył kawą i opowieściami o Hindusach.
  2. Policja. Wydawało nam się to całkowicie oczywiste miejsce. Niestety na Havelock usłyszeliśmy „we are not authorised”, natomiast po namowach zaproponowano nam abyśmy przyszli następnego dnia to coś załatwią. Następnego dnia usłyszeliśmy to samo. 3 – go dnia już byliśmy lekko zdenerwowani, gdyż podróż na policję zajmuje piechotą prawie 1h, więc przysłali do nas szefa policji. Wykonał masę telefonów i zapewnił, że następnego dnia o 8.15 rano otrzymamy zaświadczenie. Godzina jest istotna, gdyż o 9 rano odpływał nasz prom z Havelock do Port Blair. Następnego dnia o 8.15 oczywiście nic nie było załatwione. Parę telefonów i zapewnień i 0 8.30 policjant wziął nasze paszporty i obiecał, że przed 9 rano spotkamy się przy promie i przyniesie nasze zaświadczenie. Spóźnił się 2 minuty. Prom odpływał na naszych oczach, kiedy biegliśmy w jego stronę z paroma policjantami krzyczącymi „stop the ferry”. Ze zdenerwowania Marcin rzucił parę przekleństw i torby na molo a następnie usiadł na jego skraju. Policjanci uznali chyba, że to próba samobójcza i zaczęli Marcina przytulać i pocieszać mówiąc, że za 2 godziny będzie kolejny prom płynący dłuższą trasą, ale załatwią nam na niego wstęp. Dokument, który przyniósł policjant,  nie posiadał podpisu upoważnionej osoby, w związku z czym przydzielono nam jednego policjanta aby eskortował nas na wyspę. Po przypłynięciu do Port Blair „nasz” policjant przekazał zaświadczenie kolejnemu stróżowi prawa, który w mig (czyli w 1 godzinę) przywiózł nam je podpisane do portu. Voila – i sprawa załatwiona.

Tak znaleźliśmy się w końcu w Port Blair, stolicy Andamanów. Samo miasto jest bez wyrazu, może dlatego co chwilę ktoś proponował nam haszysz, abyśmy ujrzeli jego koloryt. W stolicy trafiliśmy na noworoczny koncert muzyki hinduskiej, która bardzo przypadła nam gustu. Kilkakrotnie śpiewana była ta piosenka: http://www.youtube.com/watch?v=YR12Z8f1Dh8 Miejscowi opowiedzieli nam o jej głębokim przesłaniu, które które można zrozumieć czytając słowa piosenki na youtube (tak to jest po angielsku).

Z Port Blair pojechaliśmy na jeden dzień na piękną plażę znajdującą się po drugiej stronie wyspy South Andaman, w miejscowości Wandoor. Plaża ma jeden feler – nie można się kąpać w morzu z uwagi na słonowodne krokodyle.

3 stycznia, z trzygodzinnym opóźnieniem (jako zadośćuczynienie dano nam wegetariańskie bułeczki i somozy), w końcu opuściliśmy Andamany wylatując do Kalkuty.

Cyklon – uwięzieni w raju I 24 – 31.12.2011

Andamany cd –  24.12.2011 – 31.12.2011

Przypływając na Andamany 14 grudnia nie mogliśmy podejrzewać, że wyspa Havelock nie będzie chciała nas wypuścić.

 Do Wigilii czas nam mijał spokojnie. Zamiast prezentu bożonarodzeniowego pod choinką poszliśmy na masaż całego ciała. Masaż tłustą oliwą był przyjemny do czasu aż masażyści nie doszli do głowy i nie zaczęli ciągnąć nas za włosy we wszystkich kierunkach, na przemian drapiąc skórę swoimi pazurami. Marcin miał zbyt krótkie włosy by go mocno wytarmosić więc w zamian dostał sporo uderzeń pięściami po plecach.

Sfatygowani i świecący się na kilometr od nałożonej na nas oliwy udaliśmy się na kolację wigilijną.

 Po rybach, krewetkach i telefonach do Polski poszliśmy na pasterkę. W wiklinowym kościele zebrało się 20 osób. Mszę prowadził pan w parcianych spodniach, któremu słuchacze co i rusz przerywali aby wtrącić swoje trzy grosze, Nie zrozumieliśmy ani słowa więc jedynie mruczeliśmy przy pieśniach. Małe i większe krabiki miały całą mszę by baraszkować w butach zostawionych przed wejściem.

 Podczas mszy słyszeliśmy wzmagający się wiatr i groźny szum fal. Jedna palma nadszarpnęła linie elektryczne powodując niewielki pożar. 25 grudnia dowiedzieliśmy się, że cyklon o nazwie „Thame” dotarł do naszej wyspy przynosząc deszcz i wichury jakich nigdy wcześniej nie widzieliśmy. W nocy morze zaczęło się wkradać do naszego ośrodka i pokonawszy jakieś 50m zatrzymało się na wysokości pierwszych zabudowań. Przewróciło się kilka drzew na wyspie, m.in. na linie elektryczne co ograniczyło dostawy prądu. Momentami nie było też bieżącej wody.

Hinduska obsługa naszego resortu zupełnie nie przejmowała się cyklonem, tłumacząc nam, że raz do roku nawiedza on wyspę, jednak nie stanowi większego zagrożenia. Polecili nam aby nie wychodzić w nocy z budynków i położyć plecaki na podwyższeniu.  Jeden Hindus dał nam szczerą radę, żeby na wszelki wypadek spać z jakąś długą szmatą czy liną, aby w razie potrzeby przywiązać się do drzewa i uniknąć porwania przez fale tudzież wiatr. W ten sposób zapewnieni o braku niebezpieczeństwa wstawaliśmy w nocy sprawdzić poziom morza, które szumiało w odległości 150 metrów od naszej chatki. Dudniący deszcz, huk spadających kokosów i gałęzi przy każdym porywie wiatru oraz klekocące na wietrze blaszane daszki (jeden zresztą odleciał) towarzyszył nam przez najbliższe 3 noce. Cyklon trwał 3-4 dni, które wystarczyły by skończyły się niektóre zapasy żywieniowe takie jak jajka czy ryby (zakaz wypływania) oraz pieniądze w obu bankomatach. Całe jedzenie dla wyspy Havelock jest bowiem przywożone ze stolicy Andamanów, Port Blair.

Cyklon uniemożliwił wszelki transport między wyspami, nie kursowały ani promy, ani wodoloty. Prognozy pogody ograniczyły się do braku prognozy gdyż według wszelkich służb pogoda w tym rejonie świata może zmienić się nieobliczalnie w ciągu pół godziny. Tłumy turystów czatowały w okolicach portu sprawdzając czy kursują promy aby wydostać się z wyspy. Wielu z nich, tak jak my, nie dotarło na lotnisko znajdujące się na większej wyspie, w Port Blair i straciło bilety na samolot, których ceny wzrastały niemiłosiernie z dnia na dzień. Byliśmy zmuszeni zarezerwować bilet dopiero na 3 stycznia 2012 roku. Na szczęście od 29 grudnia wszystko wróciło do normy i cyklon opuścił Havelock. Znów mogliśmy nurkować. Niestety cyklon nie ucichł na dobre, tylko skierował się na ląd, do stanu Tamil Nadu, gdzie do tej pory zabił ponad 40 osób.

Na Sylwestra nasza wyspiarska izraelska większość zorganizowała imprezę w jednym z  ośrodków wśród palm. Niestety, gdy na nią dotarliśmy o 22.00, impreza już się skończyła na skutek interwencji policji, której przeszkadzał noworoczny hałas – taka jest wersja oficjalna. Nieoficjalna (bardziej prawdopodobna) jest taka, że organizatorzy wsparli miejscową policję zbyt małą kwotą, co wyszło dopiero podczas imprezy i już było za późno aby „dopłacić”. Finalnie przywitaliśmy Nowy Rok na plaży ze znajomymi Grekami. Ognisko, muzyka reggae, gwiazdy i my.

Kochani, życzymy Wam cudownego Nowego Roku 2012!

Wesolych Swiat z Andamanow I 14-24.12.2011

Andaman Islands (Havelock, Neil i inne): 14.12.2011 – 28.12.2011

Andamany z uwagi na swoje położenie na środku oceanu w odległości1000 kmod Indii były łakomym kąskiem dla wielu ościennych państw. Pochodzenie plemion andamańskich nie jest do końca wyjaśnione.

Port Blair, stolica Andamaów, przez lata stanowił więzienie dla wrogów Korony angielskiej. Po uzyskaniu przez Indie niepodległości w 1947 roku, Brytyjczycy przekazali Andamany Indiom. Aby utrzymać Andamany w swoim posiadaniu, Indie zachęcały swoją ludność do osiedlenia się na wyspach poprzez ofiarowanie jej ziemi i zorganizowanie pracy. W ten sposób wiele niezamieszkałych dotąd wysp bądź  zamieszkałych przez dzikie plemiona, stały się w pełni indyjskie. Po dziś dzień wiele wysp pozostaje niezamieszkałych,

Istnieją również takie rodzynki jak Sentinel Island, gdzie mieszkają dzikie plemiona i jakakolwiek próba zbliżenia się do wyspy kończy się gradem strzał. Antropologom udało się uchwycić jedynie z daleka sylwetki tego pierwotnego ludu, a indyjskie władze ostatecznie się poddały i zostawiły wyspę w spokoju.

Mimo, że Andamany liczą ok. 200 wysp, turyści mogą przebywać tylko na wybranych, otrzymawszy pozwolenie po przylocie do Port Blair. Głównie odwiedzane są 3 wyspy; najlepiej „rozwiniętą” (choć na pół dziką) wyspę Havelock oraz Neil Island i Long Island.

Havelock liczy jakieś10 kmdługości, jego główną atrakcją są piaszczyste plaże, wielki morski błękit oraz bogata fauna i flora. Można snorklować, nurkować, byczyć się na plaży, jeździć rowerem/skuterem i obżerać świeżymi owocami morza. Jest tu bardzo spokojnie i naturalnie, zawiodą się szukający plastikowych leżaków z parasolkami czy królowie dyskotek.

Centrum wyspy stanowi bazar z owocami i warzywami, nieopodal jest targ rybny oraz kilka sklepików z Coca Colą, chipsami i płetwami. Wzdłuż wybrzeża leży około 20 niewielkich resortów, są to głównie bambusowe chatki, gdzie za 22zł dwie osoby mogą spędzić noc. Bardziej ekskluzywne domki z podmurówką są w cenie ok. 120 zł/dzień.

Hindusi tłumaczyli nam, że w porównaniu do ubiegłych lat, w tym roku jest niewielu turystów na Andamanach. Widząc codziennie te same twarze, szacujemy, że nie licząc turystyki krajowej, jest ich max 200. Największy odsetek stanowią Izraelici, ok. 50%, reszta to Hindusi, Anglicy, Francuzi. Niestety nie spotkaliśmy żadnych Polaków, z którymi moglibyśmy zorganizować polską Wigilię. W drugim dniu naszego pobytu poznaliśmy przesympatyczną parę z Polski- Magdę i Pawła (pozdrawiamy Was gorąco jeśli weszliście na bloga), ale niestety wyjeżdżali następnego dnia.

Wróćmy do Izraelczyków. Podobno Andamany są w Izraelu bardzo modne jako idealne miejsce na odreagowanie przymusowej służby wojskowej, którą w wieku 18 lat muszą przejść nie tylko mężczyźni, ale również kobiety, z tą różnicą, że służba mężczyzn trwa3, akobiet tylko 2 lata. Pewien 40-letni Izraelczyk tłumaczył nam, że lata wojska są tak ciężkie, że pozostawiają piętno na całe życie. Dlatego też po odbytej służbie młodzi Izraelczycy i Izraelki „nadrabiają” stracone lata młodości chilloutując się przez 3 tygodnie na Havelock. Zazwyczaj spotykamy ich na plaży bądź w hamaku z różnorodnymi typami ziół do palenia. Wyglądają przy tym na bardzo szczęśliwych.

W pierwszym tygodniu jeździliśmy tutaj rowerami i skuterem, odwiedziliśmy różne plaże na Havelock, spędziliśmy 2 dni na pobliskiej wyspie „Neil”, ponurkowaliśmy i podtuczyliśmy się pysznymi milk-shakeami o nazwie „lassi”. Cudowne są indyjskie chlebki „chapati:, z masłem, żółtym serem czy czosnkiem, świeże ryby (szczególnie red snapper – polska nazwa brzmi ryba Lutjanidae z wielkim pyskiem) i krewetki w czosnku. Pierwszy raz w życiu jedliśmy tuńczyka nie z puszki J

Na Andamany przyciąga turystów natura przez duże „N”. Hindusi są dumni z mnogości zwierzątek na wyspach i nie zamierzają (jak w innych częściach globu) zabetonować ich tworząc ekskluzywne 5-gwiazdkowe oazy dla białych, gdzie nie uświadczysz nawet pająka. Dlatego na Andamanach wszystko żyje, cała plaża się rusza gdyż tysiące maleńkich stworzonek, z krabikami na czele, podąża obraną przez siebie drogą życiową. Wszelkie te zwierzątka (kraby, jaszczurki, skaczące rybki etc) uciekają przed nami na lewo i prawo – jakby rozstępowało się morze czerwone.  Gdy szliśmy nurkować to szkoła nurkowa nas poinformowała, że jak będziemy mieli szczęście to zobaczymy rekina albo węża morskiego, ale na szczęście nie mieliśmy szczęścia… W Informacji turystyczne poinformowali nas o wszelkich zagrożeniach, a mianowicie są:

– kokosy spadające z drzew – parę miesięcy temu zabiły turystę;

– krokodyle – rzadko spotykane, bardziej na niezamieszkałych plażach. 8 miesięcy temu krokodyl nadgryzł turystkę;

– rekiny i węże morskie (ich jad jest wielokrotnie silniejszy od kobry) – nie atakują same niesprowokowane, więc ich nie prowokowaliśmy.

– inne zwierzątka jak stonogi (duże i bardzo niebezpieczne,); skorpiony, węże itd.

– malaria – ostatni zanotowany przypadek rok temu

 

W domku też niestety mieliśmy dużo fajnych zwierzątek, jak skorpion, komary malaryczne, duże kraby, jaszczurki, pająki.

Połowa z nas bardzo kocha naturę i cieszy się na widok każdego stworzenia – kraba, stonogi, jaszczurki. Druga połowa, ta piękniejsza;) czasem potrzebuje przed snem łyka whiskey aby zapomnieć o 50-centymetrowej stonodze czy szczurze, który spadł z dachu w naszym kurorcie na wyspie Neil, nota bene najbardziej luksusowym ze wszystkich trzech na całej wyspie.

Jednak organizm ludzki wystawiany na różne próby przesuwa granicę tolerancji i z czasem akceptuje coraz więcej. Na początku wszelkie obce stworzenie wchodzące na terytorium nieco bojącego się homo sapiens wywołuje ciarki, jednak po pewnym czasie ani karaluch ani krab w łazience (mieszkał z nami przez 2 pierwsze dni na Andamanach), nie są już straszne. Jaszczurki w sumie też są ładne, przypominają trochę dinozaury w miniaturze, ale ciężko połowie z nas polubić długaśne czarne stonogi czy szczury. A i tak największe niebezpieczeństwo stanowią spadające z palm kokosy.

Już wiemy gdzie pójdziemy na pasterkę. Udało nam się znaleźć chrześcijański kościół (wygląda jak nasza bambusowa chatka, w której mieszkamy), byliśmy nawet na niedzielnej mszy. Nic nie zrozumieliśmy, ale nie szkodzi. Pasterka jest tu o godz. 23.00 więc po kolacji podjedziemy tam rikszą. Wieczerzę wigilijną planujemy w jednej z tutejszych restauracji, nie będzie karpia, ale pewnie jakaś inna rybka czy krewetka bądź homar.

 

Jeszcze raz życzymy Wam cudownych Świąt i ściskamy Was gorąco!