Linie Nazca I 10.05.2012

Nazca, Peru : 10.05.2012

Po drodze z Ica do Nazca poprosiliśmy o wysadzenie nas przed miastem na punkcie widokowym, z którego widać 2 figury: ręce oraz drzewo. Szczerze mówiąc, wyglądało to trochę tak, jakby czteroletnie dziecko wyryło na piasku badylem szlaczki. Ale że te szlaczki mają od 1.000 do ponad 2.000 lat i nie ma dowodów na to jak powstały i czemu miały służyć, to ludzie z całego świata zjeżdżają się by je zobaczyć na własne oczy. Złapaliśmy busa do miasta i ruszyliśmy na lotnisko próbując wytargować niższe ceny za lot nad tymi tajemniczymi figurami. W mieście agencje krzyczą sobie za półgodzinny lot od 90 do 100 dolarów od osoby. Na lotnisku najniższa osiągalna cena to 80 dolarów. Ceny wzrosły stosunkowo niedawno, od końca 2010 roku, na skutek zaostrzonych wymogów bezpieczeństwa. Kiedyś latał jeden pilot, a teraz jest obowiązek dwóch. Do tego wzrosły ceny paliwa, inflacja, inne szmery bajery więc drogi turysto- płacz i płać. Zdecydowaliśmy, że muszą nam wystarczyć te dwie małe figury bo cena jest z kosmosu, aż takimi fascynatami Nazca nie jesteśmy. Zresztą na google earth również można je pooglądać 🙂

Islas Ballestas i Huacachina I 7 – 9.05.2012

Islas Ballestas, Paracas i Huacachina : 07.05.2012 – 09.05.2012

Z Limy przedostaliśmy się do miejscowości Paracas pod Pisco, gdzie wykupiliśmy wycieczkę na wyspy „Islas Ballestas”. Islas Ballestas są nazywane „wyspami Galapagos dla biedaków”, są taką namiastką ekwadorskich Galapagos.

Wypłynęliśmy motorówką z samego rana aby obejrzeć rzesze kormoranów, pingwiny i lwy morskie wygrzewające się na słońcu. Na same wyspy nie ma wstępu, można je podziwiać jedynie z łódki. Na wyspach funkcjonuje centrum, zajmujące się zbieraniem guano- odchodów ptaków, które bardzo użyźniają glebę.

Po drodze na wyspy mija się wyryty w piasku świecznik. Podejrzewa się, że służył on niegdyś jako punkt nawigacyjny dla żeglarzy lub miał podobną funkcję co linie Nazca. Czyli nie wiadomo jaką…

Naszym kolejnym celem była oaza Huacachina otoczona złotymi wydmami. Główną atrakcją jest tu „sandboard”- zjeżdżanie na desce po piasku. Nie mogliśmy odmówić sobie tej przyjemności. Z wioski dotarliśmy pustynnym, 5-cioosobowym autem w szaleńczym tempie na wydmy. Kierowca robił wszystko co w jego mocy aby podbić nam ciśnienie. Siedząca obok Amerykanka darła się w niebogłosy, ja bym pewnie  też się darła, ale nie chciałam jeść tyle piachu. A jak wygląda jazda możecie tu sprawdzić:

http://youtu.be/RlBMtwNlVvw

Zjeżdżanie wcale nie jest łatwe, chłopakom- Marcinowi i młodemu Japończykami szło o niebo lepiej niż mnie i Amerykance. Na koniec zjechaliśmy na deskach nie na stojąco, a na brzuchach i podziwialiśmy jak słońce chowa się za wydmami.

Czy w Limie jest bezpiecznie? I 4 – 7.05.2012

Lima, Peru : 04.05.2012 – 07.05.2012

Teleportowaliśmy się z Australii i po 25 godzinach lotu z przesiadkami w Nowej Zelandii i Chile, dotarliśmy do Peru, zyskując jedną dobę. Wiozący nas z lotniska taksówkarz pytał nas czy w Polsce oficjalnym językiem jest hiszpański. Bardzo się zdziwił, że mamy własny język i uradował na wieść, że Jan Paweł II był Polakiem. Opowiadał, że papież dwukrotnie odwiedził Peru i strasznie go tu wszyscy kochali. Nie wątpimy, widząc wiele krzyży i kościołów wokoło.

Zamieszkaliśmy w dzielnicy Miraflores położonej nad oceanem. Jet lag dał nam się we znaki i chodziliśmy po Limie jak dzieci we mgle. Padnięci, przysnęliśmy na murku w parku Kennedy. Z drzemki wybudził nas policjant, dźgając Marcina w kolano i tłumacząc, że spanie w parku jest surowo zabronione. Na naszym miejscu usiadły psy i ucięły sobie drzemkę. Psów jednak policjant nie przegonił. W tymże parku w sobotę wieczór odbywały się różne pokazy dla mieszkańców Limy: żonglerka, występy grup rockowych, a  na koniec włączono peruwiańską muzyczkę i tłum zaczął łączyć się w pary i tańczyć do lokalnych szlagierów.

Lima, jak każde 9-cio milionowe, głośne miasto, może na dłuższą metę być męcząca, jednak posiada urokliwe zakątki jak park Kennedy, wybrzeże z olbrzymim krzyżem i ciekawe przykłady architektury kolonialnej. W niedzielę jedna z głównych ulic – Arequipa, była wyłączona z ruchu samochodowego i miasto ukazało swoje inne, spokojne oblicze. Mnóstwo rowerzystów, spacerujących, dzieci jedzących lody, po prostu sielsko anielsko.

Poszliśmy w Limie do biura dużego przewoźnika autobusowego by zorientować się w transporcie na dalszych trasach. Obsługuje nas szczery do bólu Peruwiańczyk, pochodzący z Cusco (według niego z Cusco pochodzą najuczciwsi ludzie). Informuje nas, że jego firma jest najdroższa na rynku i podaje adresy konkurencji, trzykrotnie tańszej. Siedzimy tam z dobrą godzinę i Peruwiańczyk proponuje wspólny obiad w jego ulubionej knajpie. Peru posiada 40 odmian ziemniaków więc mnóstwo dań to wariacje na temat ziemniaka.. Próbujemy gotowanych ziemniaków z pikantnym sosem serowym, „palta a la jardinera”-sałatkę na bazie avocado, „chicharón de pascado”- smażoną rybkę w kawałkach i wołowego steka.

– Czy w Peru jest bezpiecznie- zagadujemy naszego peruwiańskiego towarzysza

– Tak, teraz już tak. Czasem zdarzają się kradzieże, tak jak wszędzie. Problem jest z policjantami. Jak złapią oni złodzieja to mówią mu, że nic mu nie zrobią, pod warunkiem, że podzieli się z nimi łupem

– Czy często się trafia na takich złych policjantów?

– Nie, są też dobrzy. Szanse masz 50 na 50.

Muzeum Narodowe Peru mieści się w budynku rodem z czasów PRLu. W środku wystawa dotycząca historii cywilizacji Inków. Nas jednak najbardziej zainteresowała ekspozycja na ostatnim piętrze poświęcona dwudziestoleciu terroru w Peru, jaki miał miejsce w latach 70 i 80 XX wieku. W tym czasie operowały 2 skrajno-lewicowe organizacje – MRTA (Ruch Rewolucyjny imienia Tupaca Amaru) i Sendero Luminoso (Świetlisty Szlak). Oba ruchy prowadziły szeroko zakrojoną walkę partyzancką ze wszystkimi przeciwnikami rewolucji, w tym również przeciwko sobie nawzajem. Wojna domowa oficjalnie zakończyła się na początku lat 90 XX wieku, a szeregu okrucieństw dopuściły się wszystkie strony konfliktu, włączając w to rządowe siły bezpieczeństwa.

Zwiedzamy centrum miasta- plaza de San Martin, plaza de Armas, załapujemy się na zmianę warty przed pałacem prezydenckim oraz procesje na cześć świętego San Martin de Porros, który opiekował się biednymi. Gdy siadamy na schodach pod Katedrą, zaczepia nas peruwiańska para pytając się czy znamy angielski. Odpowiadamy, że tak. Na to dostajemy litanię pytań dotyczących naszego ulubionego jedzenia, koloru, ulubionego miejsca, coś na kształt pytań, które wpisywało się w podstawówce do pamiętnika. Odkrywamy, że dziewczyna uczy się angielskiego aby zostać przewodnikiem turystycznym i przesiaduje w weekendy wraz z chłopakiem pod katedrą szukając obcokrajowców aby z nimi ćwiczyć.

Pytamy się naszej pary:

– Czy w Limie jest bezpiecznie?

– Tak, bardzo bezpiecznie, miasto patroluje dużo policji. Gorzej jest na obrzeżach miasta.

Żegnamy się więc zadowoleni i ruszamy w drogę powrotną.

– Nie, tamtędy lepiej nie idźcie o tej porze (była 21.00), lepiej idźcie oświetlonymi ulicami, gdzie jest dużo ludzi- krzyczy za nami peruwiańska para.

Po drodze z centrum mija nas paru mniej ciekawych osobników. W końcu docieramy na coś na kształt przystanku. Pytamy pary miejscowych:

– Czy stąd odjeżdża „colectivo” do Miraflores. (wytł. Colectivo to busiki lub taksówki, które zbierają jak najwięcej ludzi, aby za mała opłatą przejechać wyznaczoną lub zaproponowaną przez pasażerów trasę)

– Tak. Musicie wsiąść w ten busik – odpowiadają – My Was nie oszukamy. Jesteśmy katolikami.

To dziwne rozumienie bezpieczeństwa potwierdziliśmy jeszcze z wieloma osobami. Jest bezpiecznie, ale trzeba bardzo uważać…

Australijskie znaki

Na koniec Australii postanowiliśmy wrzucić galerię zdjęć znaków drogowych, które szczególnie wzbudziły nasze zainteresowanie. Enjoy.

Ostatnie dni w Australii I 23.04 – 04.05.2012

Sydney, Nowa Południowa Walia, Australia: 23.04.2012 – 04.05.2012

Sydney nie jest stolicą kraju, chociaż bardzo by chciało nią być. Melbourne również. Miasta te zawsze ze sobą rywalizowały. Kiedy na początku XX wieku przyszedł czas na utworzenie stolicy, Melbourne i Sydney biły się o palmę pierwszeństwa. Rząd jednak podjął decyzję, że najsprawiedliwiej będzie, jak stolica powstanie pomiędzy tymi miastami. Zaprojektowano i utworzono miasto w środku buszu, bez dostępu do oceanu i nazwano je Canberra – w języku jednego z ludów aborygeńskich oznacza to „miejsce spotkań”.

Sydney, mimo że nie jest stolicą, z pewnością jest bardziej znane niż Canberra. Zostało „odkryte” przez James’a Cooka w 1770 r, a jego najstarsza część- the Rocks- była miejscem zepsucia, łajdactwa i rozpusty jeszcze do ’80 XX w.

W Sydney na początku mieszkaliśmy u australijskiego małżeństwa w naszym wieku, które zaproponowało nam wspólne świętowanie „Anzac Day” (skrót od Australian and New Zealand Army Corps). Jest to święto obchodzone 25 kwietnia na cześć wojsk australijskich i nowozelandzkich poległych w I wojnie światowej. Ucieszyliśmy się, że zobaczymy oficjalne obchody i paradę. Zabrali nas na południowy-wschód od Sydney, nieopodal zatoki Botany Bay, do parku i wyspy „Bare Island”. Na wyspie w drugiej połowie XIX w zbudowano fortyfikacje obronne, chroniące przed potencjalnym najeźdźcą (szczególnie obawiano się Japonii). Nikt nie zaatakował. Wraz ze znajomymi naszych gospodarzy spacerowaliśmy podziwiając piękne plaże.  Następnie pojechaliśmy do pubu, gdzie poznaliśmy grę „heads or tails”. Raz w roku, właśnie na Anzac Day, dozwolony jest w Australii hazard w czystej formie bez podatków, jako przypomnienie gier żołnierzy na wojnie. „Heads or tails” to mniej więcej orzeł czy reszka, gdzie często za grube pieniądze zakłada się z osobami z tłumu co wypadnie. Po grze, gdy zorientowaliśmy się, że wracamy do domu spytaliśmy naszych gospodarzy gdzie parada, pochód z chorągiewkami, bębny, fanfary???, a oni na to, że parada była rano w centrum i oni zawsze uciekają od takich tłumów. Tak żeśmy właśnie zobaczyli obchody Anzac Day.

W Sydney umówiliśmy się ponownie z poznanymi po drodze rowerzystami – Gosią i Adamem – na parogodzinny spacer po mieście. Wieczorem rowerzyści prezentowali zdjęcia ze swojej podróży w polskim konsulacie, gdzie nas zaprosili. Ich prezentacja była poprzedzona długim wystąpieniem konserwatora zabytków z Podkarpacia. Dzięki temu spotkaniu poznaliśmy bliżej polską młodą emigrację – Ewelinę i Michała oraz Piotrka. Po uroczystościach w konsulacie przenieśliśmy się nieopodal do Piotrka na „afterparty”.

Centrum Sydney przeszliśmy wzdłuż i wszerz, głównie z ogłoszeniami naszego autka. Poznaliśmy ponadto parę dzielnic, w których mieszkaliśmy. Jako że Sydney leży nad oceanem, nie brakuje tu ładnych plaż, takich jak Bondi Beach czy Coogee Beach, a droga je łącząca prowadzi wzdłuż ostrych klifów.

Zafundowaliśmy sobie również wycieczkę poza miasto w góry Blue Mountains, leżące 2 godziny od Sydney. Piotrek aka „górski przewodnik” zna tam każdy kąt, każdą roślinkę i każdego ptaszka. Widoki przepiękne, morze zieleni o różnych odcieniach. Okoliczne nasadzenia przypominały te w Polsce; klony, klomby, cisy, ostrokrzewy, rododendrony, bukszpan, bluszcz itp. Lekka mżawka zmusiła nas do pikniku okraszanego winem pod skałą przy „Trzech Siostrach”.

Sydney, a najbardziej port, robi wrażenie. Opera przyciąga wzrok, chociaż myśleliśmy, że będzie większa i bielsza, może ją trochę wyidealizowaliśmy. Jak się podejdzie bliżej to widać mozaikę, jaką jest pokryta, nie jest ona śnieżnobiała. Operę zaprojektował duński architekt Jorn Utzon, którego szkic wygrał międzynarodowy konkurs. Jak się szybko potem okazało, pierwotny projekt był niezgodny z prawami fizyki. Po korektach budowa przeciągała się latami, pochłaniając dużo wyższy budżet od założonego. Za tą sytuację winą obarczona duńskiego architekta, który został wydalony z Australii i nigdy nie ujrzał ukończonego dzieła. Nieopodal „wisi” most Harbour Bridge, który jest jednym z najszerszych i najdłuższych wiszących mostów na świecie.

Na pożegnanie Ewelina z Michałem zaprosili nas do siebie na smakowite tajskie danie. Zauważyliśmy, że zjechali prawie cały świat, ich półki uginają się od przewodników, które sami mogliby już pisać. Kolejna wyprawa Michała zakłada przebycie Am. Południowej z południa na północ przy użyciu jedynie sił natury. Bardzo nam zaimponowali, chociażby tym, że do ślubu pojechali…autostopem. Oto link do ich strony podróżniczej: www.kozok.eu

Ostatnią australijską noc spędziliśmy u Piotrka, przy wódeczce, przepysznym rosole i kurczaku. Prawie jak w domu 🙂

Tak oto po 2 niesamowitych miesiącach, przejechaniu 11.000 kilometrów przez 5 stanów, obcowaniu z kangurami, misiami koala, psami dingo, wielbłądami, jaszczurami, krokodylami, oposami, nietoperzami, emu, cassowarami i papugami, przyszedł czas na rozstanie się z krajem „Down Under” i wyjazd do innego świata, Ameryki Południowej.

Jak sprzedać auto w Sydney? I kwiecień 2012

Sydney, New South Wales: kwiecień 2012

Zazwyczaj turyści przyjeżdżający do Sydney w pierwszej kolejności kierują swe kroki w stronę ikony Australii – opery i Harbour Bridge. My zaczęliśmy od rozwieszania ogłoszeń o sprzedaży naszego ukochanego auta po wszystkich hostelach w centrum miasta. Udaliśmy się również na parking King’s Cross, gdzie miasto (na skutek próśb mieszkańców jednej z dzielnic), zostało zmuszone zorganizować giełdę samochodową. Do niedawna bowiem niskobudżetowi turyści, którzy chcieli sprzedać swe samochody w Sydney, czekali na klientów w jednej z ekskluzywnych dzielnic, gdzie parkingi były bezpłatne. Biwakowali przy tym ochoczo i cieszyli się życiem. Bogatszych sydnejczyków z tej dzielnicy szlag trafiał, gdy spiesząc z rana w garniturach do pracy oglądali ludzi popijających piwko, śpiących za darmo w samochodach i gotujących zupki chińskie na ich trawnikach. I tak powstała giełda.

Giełda polega na tym, że za 60 dolarów można przez tydzień wystawiać swój samochód na podziemnym parkingu, gdzie przychodzą potencjalni kupcy. Menadżer giełdy uświadomił nam, że niestety maj jest bardzo złym okresem na sprzedaż auta gdyż robi się coraz zimniej i aktualnie jest więcej sprzedających niż kupujących. Porozmawialiśmy szczerze z wystawiającymi tam swoje samochody Francuzami, którzy przyznali nam, że nabawili się depresji po 5-dniowym pobycie na ciemnym parkingu prawie bez żadnych wizyt ze strony nabywców. Postanowiliśmy odpuścić tę opcję. Podrasowaliśmy nieco naszą reklamę na najbardziej popularnym portalu internetowym- gumtree oraz paru innych portalach, stworzyliśmy profil naszego autka na facebook’u (możecie go like’nąć 🙂 – http://www.facebook.com/profile.php?id=100003786227475) i wzmożyliśmy rozwieszanie ogłoszeń. Przeszliśmy Sydney w szerz i wzdłuż.

Wiedząc, że statystycznie potencjalnym kupcem będzie Niemiec albo Francuz, bo ich najwięcej tu podróżuje, uznaliśmy, że nie przyznamy się do naszej polskości gdyż może to działać na naszą niekorzyść. Niemcy zapewne skojarzą Polaków ze złodziejami aut, a Francuzi też nie pałają do nas żarliwą miłością. Dni mijają, a tu cisza, Zero telefonów, maili, no może poza kilkoma próbami oszukania nas na opcję „Pay pal”.  Napięcie rośnie bo za kilka dni wylot. Zdziwiliśmy się ogromnie gdy napisał do nas smsa w języku polskim pierwszy i jedyny zainteresowany. Komputer spłatał nam figla i w naszym ogłoszeniu pokazała się nazwa stanu (New South Wales) w języku polskim. Podnieceni, umawiamy się z potencjalnym kupcem.

Klient okazuje się o dwa lata młodszym od nas Francuzem o polskich korzeniach.

– Ja chcę kupić auto od Was bo jesteście Polakami, a Polacy są uczciwi, nie to co Francuzi- tłumaczy nam poprawną polszczyzną z francuskim akcentem

– Francuzi chyba też są uczciwi w stosunku do swoich rodaków?- pytamy

– O nie, ja nigdy nic nie kupię od Francuza, oni są najgorsi, zawsze chcą cię oszukać- uśmiecha się rozbrajająco nasz Francuz.

– To jaką mamy gwarancję, że ty nie chcesz nas oszukać skoro też jesteś Francuzem?- ripostujemy

– Ja się czuję bardziej Polakiem niż Francuzem. Kiedyś Francuzi byli ok, ale ostatnio do Francji przyjechało dużo Arabów, a oni strasznie oszukują i Francuzi aby się bronić też zaczęli oszukiwać i teraz są tacy sami.

– Skoro tak mówisz… Chcesz zobaczyć auto?

– Tak, bien sur

Francuz, znający się na samochodach jeszcze mniej niż my, sprawdził czy nasz Falcon posiada cztery koła i silnik. Koła i silnik są więc Francuz poprosił o jazdę próbną.

– Ok, a jeździłeś kiedyś po lewej stronie?- pytamy

– Tak, próbowałem w Anglii.- pewny siebie odpowiada i przygląda się automatycznej skrzyni biegów- A te literki „P”, „D”, „R”, co oznaczają?

Zaczynamy się nieco niepokoić, ale wyjaśniamy, że to automat i że jeździ się na literce „D”, a „R” to wsteczny.

– Ok, ok, to jedziemy- zarządza Francuz.

Trzeba tu nadmienić, że Sydney to jedyne australijskie miasto (z tych przez nas odwiedzonych), gdzie ulice są nad wyraz wąskie, a kierowcy jeżdżą szybko i nikogo nie wpuszczają. Stanowczo trudne miasto do nauki jazdy po lewej stronie. Francuz rusza z piskiem i jedzie niesamowicie blisko lewej strony.

– Musisz jechać prawiej bo kogoś walniesz- już nie jest nam do śmiechu

– Ok, ok, gdzie jest tu jakaś autostrada bym sprawdził przyspieszenie?- Francuz się rozkręca

– Nie ma tu autostrady, jesteśmy w centrum Sydney

– No dobra to tu spróbuje- nie zdążyliśmy odpowiedzieć, a Francuz wcisnął gaz do dechy.

– Prawiej, prawiej!- staramy się nie krzyczeć, ale nie potrafimy się opanować.

Na to nasz Francuz uznał, że pojedzie jeszcze bliżej lewej. Marcin, siedzący obok, chwycił mu za kierownicę i odbił w prawo. Minęliśmy się na centymetry z zaparkowanymi w rzędzie po lewej autami. Jeszcze nie sprzedaliśmy auta, a Francuz zaraz nam go rozbije!

– To może już wystarczy na pierwszy raz, co?- sugerujemy

– No dobra, ma dobre przyspieszenie, sprawdziłem.

Marcin się przesiada, Francuz siada obok, kamień spada nam z serca. Francuz wpłaca zadatek bo nie posiada całej kwoty. Umawiamy się za dwa dni po resztę.

W ustalonym terminie Francuz przychodzi z brakującą kwotą. Podpisujemy umowę sprzedaży, dajemy mu klucze i prosimy by jak najszybciej wykupił dobre ubezpieczenie.

– Ok, ok, sans probleme- odpowiada i odjeżdża z piskiem.

Patrzymy za nim ze zgrozą jak jedzie zahaczając jednym bokiem o przylegający pas. Oby tylko nic mu się nie stało- myślimy i idziemy świętować sprzedaż auta. W sumie przykro nam się było rozstać z Falconikiem i zacząć znów chodzić wszędzie na piechotę. Cała operacja przy dwumiesięcznej wycieczce wyszła nas dwukrotnie taniej niż wynajęcie auta i dała nam znacznie więcej swobody i frajdy, ale przy krótszym pobycie polecamy wypożyczyć samochód.

Kupujemy sushi, ser, winogrona i wino i pałaszujemy te delicje na trawce w parku z widokiem na operę, port i Harbour Bridge.

Jednak fakt, że jesteśmy Polakami, okazał się naszym atutem…

East Coast I 12 – 23.04.2012

Wschodnie Wybrzeże, Queensland i New South Wales: 12.04.2012 – 23.04.2012

Sławne plaże wschodniego wybrzeża na pierwszy rzut oka przypominają plaże europejskie. Z tą małą różnicą, że w Australii fale są dużo większe, często występują parzące meduzy (pozostawiające blizny na całe życie), rekiny albo krokodyle w okolicy. Już nie będziemy narzekać na zimną wodę w Bałtyku bo przynajmniej można się w niej kąpać bez zagrożenia życia. Od Cairns aż po Byron Bay kąpiele w oceanie okazały się niewskazane. Z tego powodu miasta na przestrzeni lat zainwestowały w infrastrukturę zastępczą i wybudowały laguny wodne – baseny przy plaży. Sprawdzaliśmy empirycznie każdą lagunę na naszej drodze, m.in. w Cairns, Airlie Beach, Mackay i Caloundra. Wkoło zazwyczaj posiada się dostęp do prysznicy, wody pitnej i piecyków na barbeque.

Wschodnie wybrzeże to również kierunek docelowy większości surferów. Przybywają licznie na plażę z samego rana, już od 5.00 szukając największych fal. Czasem wstawaliśmy równo z nimi aby przeparkować samochód zanim przyjdzie patrol miejski, stąd wiemy. Bardziej doświadczeni często startują z wystających z oceanu skał, a ci mniej pewni siebie wchodzą z brzegu.

Gdy opuszczaliśmy jedną z plaż o nazwie „Mission Beach”, gdzie wiało i padało niemiłosiernie, naszym oczom ukazała się….. cassowara! Nareszcie! Od tylu dni jej szukaliśmy! Kroczyła powoli wzdłuż krawędzi lasu. Duża niczym emu i kolorowa pod szyją jak papuga, wyglądała mało przyjaźnie, a wręcz zadziornie, taki z niej leśny hultaj.

Ruszamy dalej. Zdążyliśmy przejechać zaledwie kilkaset metrów gdy zatrzymuje nas młody backpacker z deskorolką. Chce jechać na południe. Zabieramy chłopaka, który również okazuje się Niemcem (jak wcześniejszy autostopowicz, którego wzięliśmy). Peter ma 20 lat i autostopem zwiedza Australię. Swój dobytek – plecak i namiot wozi za sobą na deskorolce, tak mu lżej. Rodzicom powiedział, że jeździ pociągami za zarobione na farmie pieniądze. Właśnie skończył pracę na farmie, gdzie zrywał banany. Opowiada, że bywało niebezpiecznie ze względu na pytony, które lubią wygrzewać się na bananowcach. Mimo, że łapanie stopa w Australii jest oficjalnie zakazane, nie jest to wcale trudne. Peter czeka średnio pół godziny aż ktoś się zatrzyma. Często jest zapraszany na kolację i nocleg do domów Australijczyków, którzy go podwożą. Pytamy się czy oglądał film „Wolf Creek”, o którym kilkakrotnie słyszeliśmy. Film opowiada historię, która wydarzyła się ponad 10 lat temu w Australii. Oprawca – Australijczyk zabierał z drogi autostopowiczów aby potem ich mordować. Takie mrzonki nie robią jednak na młodym Peterze żadnego wrażenia. Zostawiamy go na skrzyżowaniu pod Townsville gdyż w tym mieście mamy umówioną kanapę.

W Townsville gościmy u emerytowanego żeglarza/nurka, który większość swego życia spędził albo na wodzie albo pod wodą. Jego bogaty życiorys wystarczyłby na kilka ludzkich żyć. W wieku 24 lat uciekł śmierci gdy jacht wywrócił się na oceanie podczas sztormu. Z ośmioosobowej załogi przeżyła tylko trójka. To doświadczenie nie przeszkodziło mu dalej żeglować. Później jako płetwonurek wyłapywał okazy różnorakich ryb, które umieszczono w  oceanarium w Townsville. Wciąż zwiedza świat, jeździ gdzie się da, najbliższa podróż to rejs z kolegą jego jachtem do Japonii, a stamtąd do Ameryki Południowej.

Townsville jest bardzo przyjemnym i ładnym miastem, o dziwo mało turystycznym. Żyje z przemysłu oraz wojska. Tutaj znajduje się baza nalotowa. Pod Townsville przeszliśmy się na17 kmtrekking do Alligator Creek, tak nam się spodobał australijski „bushwalking”.

Kiedy indziej kupiliśmy wycieczkę motorówką na Whitsunday Islands, piaskowe wyspy przecudnej urody. Najbardziej znana plaża i uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie – Whithaven owszem, jest śliczna, ale w oceanie pływają meduzy i kąpiel jest niewskazana, już znamy tę śpiewkę. Marcin jest wniebowzięty gdyż plaże zamieszkuje cała masa Lolków (dużych jaszczurów), które podchodzą bardzo blisko. Jeden polizał mu nawet nogę (może sprawdzał czy smaczna;).

Ogromne wrażenie zrobiło na nas Brisbane, stolica Queensland. Jest to miasto do życia, nie za duże, nie za małe, po prostu idealne. Posiada centrum CBD z wieżowcami, ale także lagunę, gdzie w chłodzie można podziwiać drapacze chmur. Zachwyciła nas przepięknie zagospodarowana przestrzeń publiczna z parkami, skwerami, kaskadami kwiatów, rosarium, ścieżkami dla pieszych i rowerzystów. Wieczorem można potańczyć na placu gdzie dla chętnych za darmo odbywają się lekcje salsy albo poszukać precjozów na nocnym targu. Tam widzieliśmy Polaka, który zrobił furorę sprzedając hiszpański smakołyk „churros” (smażone w głębokim oleju pączki w kształcie rurki). Brisbane ma również swoje „London eye”, z którego roztacza się panorama na miasto. W jednym parku udało nam się zobaczyć nie śpiące koale. Bawić się może nie bawiły, ale śmiesznie wcinały liście i sprawnie wspinały się na drzewa.

Dalej odwiedziliśmy Surfers Paradise- miejską dżunglę, mekkę surferów. Na aktualnej mapie zaznaczyliśmy miejskie kempingi, na których chcieliśmy przenocować, ale na miejscu zauważyliśmy, że już zostały zabudowane kolejnymi wieżowcami. Nie pozostało nam nic innego jak nocować na parkingu. Odsypialiśmy tę noc potem na bardzo sympatyczne plaży Byron Bay, położonej już w kolejnym stanie – New South Wales, którego stolicą jest Sydney.

Wschodnie wybrzeże to również kult ciała i zdrowego trybu życia. Widzi się całe grupki biegaczy, a matki z wózkami nie spacerują, tylko uprawiają marszobieg.

Wielka Rafa Koralowa I 11.04.2012

Wielka Rafa Koralowa, Cairns:  11.04.2012

Chyba najbardziej nie mogliśmy się doczekać tego punktu naszej trasy po Australii. Czekała na nas Wielka Rafa Koralowa, jeden z siedmiu naturalnych cudów świata, oglądana w folderach turystycznych od czasów liceum.

W przeddzień przyjazdu do miasta Cairns- ekskluzywnego kurortu, znajdujemy w internecie ciekawy pakiet obejmujący dwa nurkowania, pływanie z rurką oraz przelot helikopterem nad rafą. Dochodzimy do wniosku, że raz się żyje i dzwonimy do agencji turystycznej. Miła pani rezerwuje nam 2 miejsca i tłumaczy miejsce spotkania w porcie. Na koniec podpytujemy czy jest obok bezpłatny parking gdzie moglibyśmy zostawić auto. Na to pani z firmy odpowiada:

– Będą Państwo pewnie mieszkać obok promenady nieopodal portu, zapewne w Hiltonie albo Shangri-la więc tam są parkingi

– Ach, to wspaniale- odpowiadamy i po kilku godzinach nocujemy na bezpłatnej zatoczce dla samochodów (rest area) 20 km od Cairns.

Raniutko przybywamy do portu, parkując auto kilometr wcześniej. Wielka łódź pokonując kolejne fale zabiera nas na Wielką Rafę, jakieś100 kmod brzegu. Na pokładzie poznajemy licznych kurortowiczów z Hiltona.

Pierwsze nurkowanie odbywa się w Saxon. Dive master tłumaczy gdzie jaką rybę można spotkać. Wszyscy- nurkowie i pływający z maską, ubieramy się w niebieskie kombinezony chroniące od poparzeń meduz. Jakby ktoś spojrzał z boku, uznałby, że łódź została opanowana przez niebieskie smurfy czy teletubisie.

No i nareszcie chlup do wody! Rafa piękna, ale jeszcze piękniejsze ryby, które, jak wszystko w Australii, osiągają duże rozmiary. Już na samym początku widzimy dwa rekiny o długości1,5 metra. Jedno z nas – to bardziej płochliwe;) by pewnie w normalnych okolicznościach dostało zawału, gdyby nie fakt, że dive master zapewnił nas wcześniej, że są to rekiny „rafowe”, niegroźne i nie jedzące ludzi.  Potem, jak na złość, do tej płochliwszej połowy z nas, doczepia się niegroźna, czerwona rybka o nazwie Paddlefish, która nie chce ani na moment odpłynąć, nie pomaga machanie jej płetwami przed nosem. Po wyjściu z wody dowiadujemy się od dive mastera, że nurkowie często biorą krewetki do kieszeni by przyciągnąć ryby i ta czerwona ryba sobie ubzdurała, że my też poupychaliśmy krewetek pod kombinezon.

Na drugie nurkowanie płyniemy w miejsce o nazwie Hastings. Istny raj. Rafa z koralowcami w kształcie grzybów oraz żółwie wodne, które dają nam się dotknąć. Są takie słodkie i delikatne. Niestety nie mamy aparatu, muszą wystarczyć nam wspomnienia.

Zgodnie z dalszą częścią naszego programu, małą motorówką podpływamy w 4 osoby na platformę na oceanie, bielusieńką od ptasich kup. Stąd zabiera nas helikopter. Rafa z helikoptera wygląda jak na obrazku. Widać gdzieniegdzie pancerze żółwi pływających tuż pod powierzchnią. Nie wiemy jak to się stało, ale goście z Hiltona przeoczyli ofertę z helikopterem i po locie wypytują się nas o koszt takiej imprezy i nasze wrażenia.

Dzień zostaje ukoronowany pysznym obiadem, winem oraz występem naprawdę utalentowanego muzyka, można powiedzieć – człowieka renesansu, który kilka godzin wcześniej pełnił funkcję kucharza. Śpiewa wybornie. Zaczyna od piosenki „Down under”, którą tak tu pokochaliśmy. Łódź dobija do brzegu, żegnamy się z gośćmi z Hiltona i wracamy na nocleg na naszą zatoczkę dla samochodów. Ach, co to był za dzień!

Krokodyle w tropikach I 8 – 10.04.2012

Park Narodowy Daintree: 08.04.2012 – 10.04.2012

Dojechaliśmy na wschodnie wybrzeże i skierowaliśmy się do Parku Narodowego Daintree. Wybraliśmy się na wycieczkę łódką wzdłuż rzeki Daintree, gdzie mieszka ok. 70 krokodyli słonowodnych, tzw ”salties”. Żyją sobie na dziko, ale są przyzwyczajone do wycieczkowiczów i ich ignorują, chociaż rąk za łódź wystawiać nie wolno. Mogliśmy podpatrzeć matkę wychowującą potomstwo (o długości3,5 m), malutkie krokodylki wygrzewające się na słońcu oraz waleczne okazy samców. W Australii żyją krokodyle słono i słodkowodne. Większe okazy osiągają 5-6 metrówdługości.

Ranger opowiadał, że człowiek nie wygra z krokodylem, ale jeśli już tak się zdarzy, że krokodyl nas dorwie to istnieje jeden sposób, który daje niewielką, ale zawsze szansę, przeżycia tego spotkania. Należy udawać trupa i oddychać bardzo płytko, jak przy medytacji. Krokodyle lubią jak mięso trochę rozmięknie więc jak uznają, że ofiara jest martwa to wezmą ją delikatnie w paszczę i zaniosą do swojej spiżarni- w namorzyny. Jeśli ofiara będzie stawiała opór to mocniej zacisną szczękę, dlatego jest tak istotne by dobrze udawać martwego. Następnie krokodyl poczeka dobę, dwie, aż mięsko dobrze się wymoczy w namorzynach. Jeśli się ma farta i do tej pory się nie utonęło czy udusiło to należy wyczekać moment aż krokodyl odejdzie i wtedy uciekać gdzie pieprz rośnie. Wbrew pozorom, osoby które przeżyły spotkanie z krokodylem, używały właśnie tego sposobu. Z kolei z małymi krokodylami (mniejszymi od człowieka) ponoć można wygrać walkę atakując ich czułe punkty, czyli oczy, uszy i podniebienie. Niemniej jednak najlepszym sposobem jest (o dziwo) ich unikanie, a jak już się spotka to trzymanie dystansu. Wystarczy nawet 10 m, a krokodylowi nie będzie się chciało nas gonić.  Poczeka aż podejdzie inna ofiara.

Noc spędziliśmy w parku pełnym dzikich stworzeń. Marcin zaprzyjaźnił się z Lolkiem- jaszczurką czatującą pod ubikacją. Złaziliśmy cały park z jego lasami tropikalnymi, wszystkie punkty widokowe, zaliczyliśmy kąpiel w strumieniu, a mimo tego nie udało nam się wypatrzyć głównej atrakcji żyjącej na tych terenach i zagrożonej wyginięciem- cassowary. Cassowara wyglądem i rozmiarem przypomina strusia czy emu, z tą różnicą, że głowę ma kolorową- niebiesko-różową. Jest to idealny ogrodnik gdyż zjada nasiona roślin, które następnie przenosi nienaruszone wiele kilometrów dalej, gdzie te zaczynając rosnąć. Cassowara ma naturę wojownika i jest bardzo agresywna, dlatego można ją oglądać jedynie z daleka. Nie należy się do niej zbliżać, a jeśli nie ma się wyjścia to trzeba trzymać jakiś przedmiot np. plecak przed sobą i wycofać się nie spuszczając jej z oka. Szukaliśmy jej długo, ale się nie powiodło. Kąpiele na plaży były zabronione a to ze względu na obecność krokodyli, a to ze względu na parzące meduzy. Co z tego, że jest ocean jak nie można się nigdzie wykąpać?

W krainie wodospadów I 31.03 – 08.04.2012

Queensland –  Tablelands: 31.03.2012 – 08.04.2012

Przekroczyliśmy granicę z kolejnym stanem – Queensland. Nocowaliśmy na kanapie u nieco starszego od nas Australijczyka, który pracuje w kopalni, a w wolnym czasie poluje na dzikie świnie. Po 8 latach pracy górnika zdecydował się sprzedać dom (co nastąpi za miesiąc), aby kupić hotel w Serbii. Nigdy tam nie był, ale słyszał że jest pięknie i hotel można kupić za $100.000, co stanowi zaledwie połowę rocznej pensji górnika.

Miasteczko Mount Isa żyje z kopalń. Liczba kobiet jest tu tak niska, że burmistrz miasta zaczął prosić Australijki aby przyjeżdżały do Mt Isa szukać męża. A warto, bo pełno tu rosłych, silnych, odważnych i bogatych chłopaków.

Jadąc z wysuszonego serca kraju widać jak niesamowicie zmienia się krajobraz na coraz bardziej zielony. Pojawia się więcej zwierząt i mniej much, zżeranych przez jaszczurki i ptaki. Trzeba jednak często zamykać okna gdyż fetor z martwych kangurów jest nie do zniesienia. Na odcinku 200km minęliśmy z 50 kangurzych nieboszczyków. W Australii główne drogi czy autostrady nie są grodzone i wszystko może wpaść pod koła, stąd tak liczne, dziwne dla nas znaki drogowe. W Queensland poznaliśmy kolejnego zwierza, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia- kangura drzewnego. Jest to, jak sama nazwa wskazuje, kangur przesiadujący na drzewach. Wygląda jak pies na drzewie.

Tak jak człowiek, wszystkie stworzenia ciągną do wody, a w Queensland stworzeń co niemiara. Najlepiej można zaobserwować to zjawisko wchodząc do publicznej toalety nocą. Żaby skaczą dosłownie z nieba do kranu, a ropuchy odpoczywają przy odpływie wody. Żuczki siadają na kurkach, a pod prysznicem można znaleźć np. groźną stonogę. Raz dojrzeliśmy też węża, chowającego się w uskoku przy sklepieniu. Jeżeli jest się babą to lepiej iść w krzaki albo przeczekać do rana.

Zupełnie przypadkiem, na skutek ostatnich ulew w Queensland i zamknięcia licznych dróg, znaleźliśmy się na trasie obfitującej w wodospady, rzeki i góry, co nas bardzo ucieszyło gdyż mieliśmy gwarancję codziennych pryszniców w wodospadzie bądź jeziorze. Region ten leży w głębi lądu na zachód od Cairns i nazywa się Tablelands. Tutaj też znajdują się góry Misty Mountains, które są malownicze, lecz kiepsko oznaczone więc ciężko dotrzeć do jakiegokolwiek punktu widokowego. Zamiast wejść na szczyt okrążyliśmy jedną górę. Kolejny trekking prowadził wzdłuż odchodów dzikiej świni, a może wombata. Nasz kolega z Mount Isa by się pewnie ucieszył, ale my przemierzaliśmy szlak na paluszkach, tym bardziej, że kilkakrotnie coś dużego szeleściło w krzakach. Świnia, na nasze szczęście, nie chciała nas poznać osobiście.

Najszerszy wodospad stanu leży pod Ravenshoe, inne równie ciekawe widzieliśmy przy Milla Milla. Godzinę od Cairns trafiliśmy na sztucznie utworzone, olbrzymie jezioro Tinaroo. W weekendy jest mocno eksploatowane i musi znosić najazd brzęczących skuterów i motorówek, ale da się znaleźć małe, piaszczyste plaże tylko dla siebie.

W Queensland rośnie mnóstwo bananów, a mieszkańcy tego stanu nazywani są „banana benders”- nie mają nic lepszego do roboty jak prostować banany.

Kierowcy nie przestrzegają tu przepisów, jeżdżą powyżej dozwolonych limitów i można zapomnieć o przepuszczeniu pieszego na pasach. Jeden kierowca mało nie przejechał Marcina pod sklepem. Widać też tutaj wiele znaków proszących „Grey Nomads”- szarych nomadów o ostrożną jazdę. Szarzy nomadowie to Australijczycy, którzy na emeryturze sprzedają zgromadzony majątek bądź wynajmują dom aby wyruszyć w kilkuletnią podróż życia wkoło Australii. Tacy sześćdziesięciolatkowi przeżywający drugą młodość, po spełnieniu już wszystkich obowiązków narzuconych przez społeczeństwo. Ponoć nic nie jest im straszne.

A oto przykład przyszłych „siwych Nomadów”:

http://youtu.be/S5dBMcnDh24