Category Archives: Wietnam

Opuszczamy Azję, czyli początek nowego I 05.03.2012

Sajgon, Wietnam: 05.03.2012

Dziś ostatni dzień w Azji. Minęła połowa naszej ośmiomiesięcznej podróży dookoła świata. Cztery miesiące przemknęły jak z bicza strzelił, każdy dzień był niepodobny do poprzedniego. Nie potrafimy odpowiedzieć, gdzie podobało nam się najbardziej. Każde z odwiedzonych miejsc jest jedyne w swoim rodzaju, czymś nas zaskoczyło, czymś zauroczyło. Jeszcze z pewnością tu wrócimy.

Ostatnie półtora dnia w Sajgonie poświęcamy na naprawę aparatu, uzupełnienie zapasów, kupno souvenirów, wysyłkę paczki do Polski, maile, bloga, fryzjera, pranie i masę innych pilnych spraw.

Rozdział „Azja” na razie zamykamy. Australio, lecimy do Ciebie!

Champasak i powrót do Wietnamu I 1 – 4.03.2012

Champasak i Pakse, Laos: 01.03.2012 – 03.03.2012

Pleiku i Saigon, Wietnam: 03.03.2012 – 04.03.2012

Nauczeni doświadczeniem by nie brać więcej mini vana, zdecydowaliśmy się wrócić do Vientiane kajakami. Brzmi to trochę szumnie, gdyż sama spływ trwał 3 godziny z lunchem, a reszta to jazda tuk tukiem w maksymalnym piachu, ale i tak nam się podobało.

Na samym początku przewodnik spytał się naszej ok. 16-sto osobowej grupy czy umiemy pływać kajakiem. Wszyscy chóralnie odpowiedzieli, że jasne, że tak. Ruszamy więc kajakami wolno płynącą rzeką i przy pierwszym uskoku prawie wszyscy lądują w wodzie. Ale musiał mieć z nas ubaw pan przewodnik! Z naszej szóstki tylko Kasia z Pawłem się niewykopercili, skubani;)

Z Vientiane nocnym autobusem (piękny egzemplarz, cały w boazerii, niczym ekskluzywny jacht) przedostaliśmy się do Pakse, a stamtąd tuk tukiem do Champasak- cichej, śpiącej i opuszczonej wioski. Wypożyczyliśmy rowery i w czterdziestostopniowym upale, umorusani piachem spod kół, dojechaliśmy do świątyni Wat Phu. Świątynie są z tego samego okresu co Angkor w Kambodży, tylko o wiele mniejsze i strasznie zniszczone. To był nasz ostatni wieczór w szóstkę, poszliśmy spać późno.

Nad ranem pożegnaliśmy Kasię, Anię, Agę i Pawła (aż nam się łezka zakręciła w oku), którzy ruszyli na południe Laosu, a my łódką, której silnik parokrotnie odmawiał posłuszeństwa, przedostaliśmy się do Pakse. W Pakse nocleg i autobus do Attapeu i dalej granicy w Bo Y. Na granicy kontrolował nas Wietnamczyk, naturszczyk w zawodzie. Nie spodobała mu się nasza wiza, której termin upływał za trzy dni. Nie mógł zrozumieć po co przyjeżdżamy do Wietnamu tylko na 3 dni i jak w tym czasie zdążymy wrócić do dalekiej Europy (już nie wnikaliśmy, że tam nie jedziemy). Długo tłumaczyliśmy, że już byliśmy wcześniej w Wietnamie, co widać przecież w paszporcie, a teraz wracamy bo z Wietnamu mamy lot. Kontroler raczej nie rozumiał angielskiego więc wykonał kilka telefonów do przełożonych. W końcu przekonało go słowo „sky” i uwierzył nam, że stąd wylatujemy, a nie będziemy jechać lądem do Polski. Noc spędziliśmy w Pleiku i po godzinnym rannym locie znów znaleźliśmy się w Sajgonie.

Pożegnanie z Wietnamem I 19 – 21.02.2012

Vietnam, Hanoi, 19.02.2012 – 21.02.2012

Fajnie usłyszeć Polaków na obczyźnie. Poznajemy ich po języku, ubiorze czy, jak ostatnio, po swojskim zawołaniu: „Kurwa, zaraz mnie chuj strzeli!”.

Czy kojarzycie takie małe, plastikowe stoliki i równie maleńkie krzesełka, na których się siadało w przedszkolu? Tak wyglądają uliczne restauracje w Wietnamie, a w Hanoi są ich tysiące. Rosły Europejczyk wygląda jak Guliwer wśród liliputów. Jedzenie, choć proste; zupka, kluski, sajgonki, pierożki, jest warte grzechu.

Szukając dworca autobusowego w Hanoi, trafiliśmy na mecz pierwszej ligi wietnamskiej pomiędzy Hà Nội F.C. and Cao su Đồng Tháp. W całym Wietnamie widzieliśmy bardzo dużo małych i starszych piłkarzy grających na wszelkiego rodzaju boiskach, w siatkonogę czy zośkę. Często mężczyźni poubierani są w koszulki klubowe europejskich zespołów. Widząc tę miłość Wietnamczyków do piłki nożnej spodziewaliśmy się tłumów na pierwszoligowym meczu. Ujrzeliśmy natomiast grupę około 400 siedzących kibiców. Ponoć częściej śledzą poczynania swoich piłkarzy przed telewizorem, a tak naprawdę oglądają zespoły z ligi hiszpańskiej i angielskiej. Stadion budził się na strzelone bramki oraz co ładniejsze akcje, których jednak nie było zbyt wiele. Co ciekawe, kibice Hanoi bili brawo nawet przeciwnikowi. Ulubieńcem kibiców był nieporadny i grubiutki Timothy Anjembe, który 2 sezony temu przyszedł do Hanoi właśnie z Cao su Đồng Tháp. Mecz wygrała stolica, widać tak jest nie tylko w Polsce 🙂

Kolejny dzień spędziliśmy w malowniczej zatoce Halong Bay, opływając jedynie ułamek wysepek, których jest około 3000. Wapienne formacje wynurzające się z wody przypominały nam wyglądem zarówno wzgórza Yangshuo w Chinach, jak i skały w okolicy wyspy Kho Phi Phi w Tajlandii.

Pod wieczór wróciliśmy do Hanoi i podczas spaceru nad jeziorem podświetlanym kolorowymi neonami, przypadkiem wylądowaliśmy pod teatrem kukiełek na wodzie i niewiele myśląc poszliśmy na przedstawienie. Sztuka bardzo ciekawa gdyż kukiełki przedstawiają sceny z wietnamskiego życia (przy akompaniamencie muzyki na żywo), poruszając się po tafli wody. Na koniec zza kurtyny wyszli „aktorzy” manewrujący kukłami, ubrani w rybackie spodnie, by nie odmoczyć się zbytnio podczas sterowania lalkami.

I teraz gwóźdź programu w Hanoi: przylecieli z Polski: Ania, Aga, Kasia, Paweł oraz4 kilogramykiełbas, szynek i kotletów, przekazanych przez naszych najukochańszych Rodziców.

Ania z Agą wylądowały pierwsze i udało nam się wspólnie zobaczyć mauzoleum wujka Ho Chi Minh. Rygor tam, że aż strach się bać. Żołnierze bacznie pilnują, by odwiedzający szli gęsiego, równo; oddech umiarkowany, ręce opuszczone, twarz poważna i skupiona. W środku śpi Ho Chi Minh, co roku odsyłany do Rosji na 3 miesiące konserwacji.

Jak wylądowała Kasia z Pawłem, byliśmy w komplecie by ruszyć drogą lądową do Laosu. Chcieliśmy przekroczyć granicę w górach na północy Wietnamu, w miejscowości Tay Trang, ale ze względu (podobno) na lawiny czy ulewy, została ona zamknięta. Zdecydowaliśmy się na nocny autobus sypialny do Cau Treu pośrodku Laosu i dalej do Vientiane. Pędziliśmy przez pół miasta paroma taksówkami by na niego zdążyć. Gdy autobus ruszył, wyjęliśmy wałówkę z Polski. Na pierwszy rzut poszły kabanosy, kurczakowe kotleciki i kiełbasa jałowcowa. Pełni jak bąki padliśmy by obudzić się na granicy wietnamsko-laotańskiej.

W Wietnamie środkowym I 14 – 18.02.2012

Wietnam; Hoi An, Hue: 14.02.2012 – 18.02.2012

Hoi An: 14.02.2012 – 16.02.2012

Hoi An, miasto krawców położone nad morzem i rzeką Thu Bồn jest bardzo przytulne ze swoją niską zabudową i licznymi lampionami. Jak wiele z miejsc w Wietnamie miasteczko jest wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. Na starym mieście spotkaliśmy rodaka, w właściwie jego pomnik. Kazimierz Kwiatkowski uważany jest tu za bohatera, który pomógł uchronić okoliczne zabytki przed wyburzeniem.

Na tych popularnych szlakach nie widać biedy i komunistycznego reżimu, jest tu serwowany raczej miły obrazek uśmiechniętych i zamożnych Wietnamczyków. Hoi An to również obligatoryjny punkt wielu wycieczek i może być momentami zatłoczone, więc warto pojechać rowerem czy skuterem nieco dalej. Nie wiem jak to się stało, ale jadąc na skuterze grzecznie za mężem, nagle go zgubiłam i wylądowałam w szczerym ryżowym polu. Pola piękne, a gdzie mąż? Dopiero po godzinie znalazłam drogę powrotną do miasta, gdzie mąż wiernie czekał;) (Marcin: nie czekał tylko jeździł, szukał i bardzo się denerwował).

Zwiedziliśmy hinduistyczne świątynie Czamów leżące jakieś60 kmod Hoi An. Od IV do XV wieku miejsce to stanowiło sanktuarium religijne tego wielkiego ludu, który ostatecznie został podbity i wcielony do Wietnamu. My Son to takie mniejsze wietnamskie Angkor Wat. Przez ok. półtora tysiąca lat świątynie nie uległy zniszczeniu przez naturę. Jednak człowiekowi wystarczyło zaledwie kilkadziesiąt lat aby doprowadzić je do ruiny. I tak w na początku XX wieku odkryli je na nowo Francuzi i rozkradli co się dało (słowa samych Wietnamczykow, bo w naszym przewodniku o tym nie piszą…), a następnie zbombardowali je Amerykanie w 1969 roku podczas wojny z Wietnamem Północnym. Niestety, aktualnie My Son to bardzo zniszczone ruiny, których zwiedzanie polecamy raczej archeologom i miłośnikom historii Czamów.

Hue: 17.02.2012 – 18.02.2012

Jedynie150 kmna północ od Hoi An mieści się była stolica Wietnamu (dopiero w 1945 Ho Chi Minh przeniósł stolicę do Hanoi). Na nieszczęście dla miasta, znajduje się ono blisko strefy DMZ, która w latach60’i70’XX wieku oddzielała Wietnam Północny od Południowego.  Miasto znacznie ucierpiało w tych latach. Przetrwały (też zniszczone) grobowce byłych władców, pagody i ogromna cytadela z purpurowym, zakazanym miastem wewnątrz.

Rzeka, zabudowa nad nią i atmosfera o dziwo przypominają mi polskie Mazury, a w szczególności Giżycko. Może wpływ na to ma pogoda – przez cały czas padał siarczysty deszcz. Kierowcy motorów, skuterów i rowerów przykrywają się płaszczami, pod które chowają się też liczni pasażerowie (często w Wietnamie na jednym skuterze podróżują całe rodziny). Budynki przesiąknięte są  wilgocią. W knajpach i hotelach na ścianach i pod sufitami widać grzyby. Nawet z dachu sali tronowej w cytadeli leciała struga wody.

Wieczorem wsiadamy do nocnego autobusu i jedynie po 13-14h będziemy w Hanoi.

nurki w Wietnamie I 12 – 13.02.2012

Nha Trang: 12.02.2012 – 13.02.2012

W mieście Nha Trang częściej słychać rosyjski niż wietnamski. Bezpośrednie połączenie lotnicze Moskwa – Nha Trang pomogło Rosjanom opanować to miasto. Oznaczenia, darmowe mapki i szyldy sklepów zapisane są bukwami.

Miejska plaża wysypana złotym piaskiem przypomina tę na Costa Brava. Przez długi czas na plaży kręcili się Wietnamczycy w kaskach, więc myśleliśmy, że to złodzieje. Dopiero później do nas dotarło, że to opalające się ciała zachodnich turystek przyciągają ich uwagę, gdyż Wietnamki kąpią się w ubraniach bądź strojach kąpielowych wyglądających jak pidżamy. Fale są ogromne. Nha Trang jest też bazą wypadowa na ponoć najatrakcyjniejsze nurkowania w Wietnamie. Popłynęliśmy w 10 osób łódką. Na miejscu przydzielono nam mokre, ale długie i dziwnie ponadgryzane pianki. Upewniliśmy się, że nadgryzł je ząb czasu, a nie rekiny, których podobno w Wietnamie nie ma i nigdy nie było.

W kilku miejscach rafa mieniła się wieloma barwami, ale rybek było jak na lekarstwo więc poczuliśmy się nieco zawiedzeni. Jakoś wyjątkowo zimno było w tym Południowochińskim Morzu.

Sajgon’ki I 9 – 11.02.2012

Wietnam, Ho Chi Minh City (Sajgon): 09.02.2012 – 11.09.2012

Wietnam opanowały agencje turystyczne, które są w każdym hostelu i na każdym rogu turystycznych przedmieść. Ofertę mają bardzo szeroką; od jednodniowych wycieczek, wyprawy rowerem, nauki gotowania, po zwiedzanie Angkor Wat w Kambodży czy Kuala Lumpur w Malezji. Trzeba jedynie kupić wycieczkę, bez głowienia się, poszukiwania dworca, a autokar po kolei zbierze turystów po całym mieście. Aby od tego uciec trzeba mieć naprawdę sporo czasu i najlepiej posiadać własny środek transportu. Wszyscy jeżdżą z północy na południe albo odwrotnie, a że kraj jest wąski to co chwile widać te same twarze.

Kupowanie oddzielnie biletów na lokalne autobusy czy pociągi nie tylko wymaga dużo czasu, bo ciężko znaleźć lokalny dworzec, ale jest też sporo droższe w ostatecznym rozrachunku. Zdecydowaliśmy się na otwarty pakiet 4 biletów na turystyczne nocne autobusy pomiędzy Sajgonem a Hanoi (ok.1.900 km).

Pierwsza informacja podawana turystom w Ho Chi Minh to ta o ilości mieszkańców: jakieś 10 milionów i ilości motocykli/ skuterów: pomiędzy5 a7 milionów, w zależności od informatora. Przez ulicę przechodzi się slalomem, powolutku, aby dać kierowcom chwilę do namysłu, z której strony cię ominąć. W komunistycznych Chinach oraz komunistycznym Wietnamie przykuwają wzrok wspólne, grupowe ćwiczenia. W parku w centrum Ho Chi Minh ludzie ćwiczą tai chi, aerobik, tańce, wspólnie spacerują, grają w zośkę, badmintona i inne. Zauważyliśmy jeszcze parę innych podobieństw z Chinami: blokada internetu (znacznie mniejsza ale np. nie działa Facebook), dużo propagandy i czerwonego koloru, dużo uśmiechu i jedzone podobne potrawy (szczurki, pieski i inne).

Z ciekawszych miejsc w Sajgonie i okolicach to oczywiście zobaczyliśmy tunele Cu Chi, gdzie Viet Cong skutecznie obronił się przed imperialistycznym najeźdźcą; muzeum wojny wietnamskiej (tu nazywanej wojną amerykańską) z bardzo ciekawymi i dramatycznymi zdjęciami wojny; Pałac Zjednoczenia (były pałac prezydencki), który w czasach komunizmu jest jedynie muzeum oraz dużą ilość ulic, uliczek, placów i straganów.

Podczas naszej podróży musimy co pewien czas zrobić sobie przerwę na zachodnie, niezdrowe jedzenie, bo ileż można zjeść sajgonek w Sajgonie, ryżu w Indiach czy klusek w Tajlandii? Dlatego w Sajgonie stołowaliśmy się w podróbie Dunkin’ Donuts, o nazwie Donuts Donuts.

Delta Mekongu I 7 – 9.02.2012

Wietnam, delta Mekongu: 07.02.2012 – 09.02.2012

W drodze z Kambodży do Wietnamu poznaliśmy emerytowaną Francuzkę i Włoszkę. Obie przez wiele lat działały na rzecz pomocy dzieciom. Francuzka wraz z przyjaciółmi założyła nawet ośrodek dla biednych dzieci na Madagaskarze, w którym zapewniają im opiekę, jedzenie i edukację. Jednak gdy tylko dziewczynki z ośrodka zaczynają być atrakcyjne, w wieku dosłownie kilkunastu lat, uciekają z ośrodka i zarabiają jako prostytutki. Wymusza to na nich rodzina gdyż dzięki „poświęceniu” jednej dziewczynki, całe gospodarstwo domowe ma co jeść. Włoszka wspominała m.in. swój wolontariat w Kalkucie, gdzie jako pielęgniarka opiekowała się małymi dziećmi z domów dziecka. Na samym początku kadra ośrodka poinstruowała ją, że nie może być nad wyraz miła i opiekuńcza wobec dzieci i że nie powinna im nic absolutnie dawać, nawet jedzenia. Dawanie jakichkolwiek podarunków dzieciom sprawia, że te zaczynają kojarzyć obcokrajowców z bezinteresowną pomocą, co tworzy więź zaufania. Niestety w dalszym życiu te dorastające dzieci często trafiają na turystów, którzy nie są bezinteresowni i bazując na ich zaufaniu, z łatwością je wykorzystują.

Francuska i Włoszka przez połowę drogi mnożyły nam przykłady świadczące o zagrożeniu dla dzieci ze strony turystów. Kambodża, którą właśnie opuszczaliśmy jest biednym azjatyckim krajem, w którym prawo w stosunku do dzieci nie jest tak ostre jak w Wietnamie czy tak egzekwowane jak w Tajlandii, dlatego pedofile czują się tam bezkarni. W Kambodży widzieliśmy wiele plakatów przestrzegających turystów przed chęcią wykorzystania dzieci oraz ulotek z telefonami zaufania dla dzieci pokrzywdzonych, niestety takie akcje to jedynie kropla w oceanie.

Ale miało być o Wietnamie…

Po przekroczeniu granicy łodzią dotarliśmy do portowego miasteczka Chau Doc, które jest urokliwe, a traktowane przez turystów głównie jako tranzyt do Ho Chi Minh. Na pierwszy rzut oka Chau Doc przypomniało nam Chiny – znów uliczne stragany sprzedające dosłownie wszystko, szalona jazda na ulicach i bardzo głośne rozmowy. Mamy wrażenie, że Wietnamczycy i Chińczycy dosłownie krzyczą, a nie mówią przez telefon. Słyszeliśmy, że Wietnamczycy są niesamowicie pracowitym narodem. Nie mają wolnych sobót czy niedziel, pracują od rana do nocy z przerwami na jedzenie. Jedyny wolny czas to wietnamski nowy rok , czyli święto tet, kiedy na tydzień wszystkie biznesy są zamykane, a Wietnamczycy balują. W 2012 roku był to 23 stycznia, kiedy jeszcze byliśmy w Tajlandii. Mimo tej ogólnej pracowitości w całym Wietnamie widzimy miejscowych wysiadujących w małych przydrożnych barach i popijających piwko lub mocniejsze alkohole przez cały dzień. Nie ma to jak system socjalistyczny – czy się stoi, czy się leży…

W Kambodży płaciliśmy dolarami, w Wietnamie też to jest możliwe, ale udaliśmy się do bankomatu. Waluta wietnamska przypomina polską przed denominacją- na wstępie bankomat wypluł nam kilka milionów dongów. Już jako bogacze udaliśmy się na typową zupę serwowaną na ulicy o nazwie „pho”. Wracając ze spaceru po mieście trafiliśmy na ceremonię pogrzebową- orkiestra grała pod domem zmarłego, wszyscy byli ubrani na biało- tak jak w Chinach jest to kolor śmierci.

Aby nacieszyć się deltą Mekongu wykupiliśmy dwudniową wycieczkę do Can Tho wraz z nocowaniem u rodziny wietnamskiej, gdyż bardzo nam się spodobała idea „home stay” w Indiach. Z rana zabrano nas do wioski, gdzie żyje khmerska mniejszość z domieszką muzułmańską. Klucząc z innymi turystami między chatkami tych ludzi, czuliśmy się jakbyśmy z buciorami wchodzili w ich życie, a oni sami byli okazami z zoo. Do tego nie kupiliśmy od nich żadnego rękodzieła. Udało nam się natomiast zainteresować dzieciaki grą w kółko i krzyżyk na tyle, że zapomniały o tym, że powinny sprzedawać turystom ciastka i same zaczęły nas uczyć swojej wersji gry, gdzie jest dużo więcej kratek i stawia się kółka na przecięciach linii.

Z wioski zabrano nas na pokaz hodowli ryb. Gdy zobaczyliśmy, w jakich warunkach żyją na kilkunastu metrach kwadratowych, karmione antybiotykami aby przetrwały mimo wzajemnego okaleczania się w ścisku, to uznaliśmy, że rzecznych ryb tu nie tkniemy.

Następnie podzielono naszą wycieczkę na turystów jadących do hotelu i tych jadących do rodziny. Zostaliśmy tylko we dwójkę, w związku z czym nie przydzielono nam taksówki, tylko po motocykliście na łebka, i tak dotarliśmy na miejsce.

Nasza wietnamska rodzina nie była tak uboga jak ta w Indiach. Dom Wietnamczyków składał się z kilku dużych izb oraz kilkunastu chatek nad rzeką… Póki co byliśmy jedynymi gośćmi i mimo naszych prób bliższego poznania, rodzina nas ignorowała tłumacząc na migi, że nie mówi po angielsku. Dali nam za to pyszny lokalny obiad. Wzięliśmy rowery i pojechaliśmy na krótką przejażdżkę. Gdy wróciliśmy, było już więcej turystów, posadzono nas za stołami i kleiliśmy sobie dwa rodzaje sajgonek. Wieczór minął sympatycznie na rozmowach z głową wietnamskiej rodziny, władającą jednak językiem angielskim oraz turystami wszelkiej maści.

Kolejny dzień zaczęliśmy spacerem po okolicy o 5 rano, po czym zabrano nas na pływający market w delcie Mekongu, gdzie hurtownicy zakotwiczają na tydzień i sprzedają jedzenie sklepikarzom z regionu. Potem pokazano nam produkcję klusek ryżowych oraz ogród owocowy. Na koniec wsadzono nas w autobus do Ho Chi Minh, w którym zasnęliśmy jak susły. Strasznie nas zmęczyła ta zorganizowana wycieczka.

Khmerska stolica i przeprawa do Wietnamu I 6 – 7.02.2012

Kambodża, Phnom Penh i droga do Wietnamu: 06.02.2012 – 07.02.2012

W Phnom Penh spędziliśmy tylko jedną dobę. Przyjechaliśmy o 6 rano nocnym autobusem z Siem Reap. Bus kosztował nas $9/ os i zgodnie z zapewnieniami, opisami i zdjęciami miał być super ekskluzywny, z miejscami leżącymi, dla VIP. Autobus okazał się być całkiem w porządku, miejsca się rozkładały, nie tak bardzo jak na zdjęciach, ale zawsze. Toalety nie było. Klima działała słabo, ale działała. Paru turystów było mniej zadowolonych, gdyż dostali miejsca w ostatnim rzędzie, które się nie rozkładały. Głośne kłótnie, prośby i groźby na nic się zdały – tylko jednego Holendra, który najgłośniej krzyczał, klął i przez 15 min uderzał w siedzenie przed nim (które niestety okupowała Ola) przesunęli do innego autobusu. Najciekawiej zrobiło się na pierwszym przystanku 5 min za miastem, gdzie do pełnego, 30 – osobowego autokaru wsiadło 15 Kambodżan. Na całej długości autokaru obsługa rozstawiła im takie malutkie, plastikowe krzesełka dla dzieci bez oparcia. W sumie współczuliśmy im, że muszą w takich warunkach jechać całą noc i nawet nie zwróciłem ani razu uwagi jednemu panu, który w nocy zasypiając niechcący, acz wielokrotnie dźgał mnie łokciem to w rękę, to w nogę.

Phnom Penh to duże, hałaśliwe miasto, choć z miłymi knajpkami, bulwarem i masą (ponoć fajnych) klubów. W Pałacu Królewskim większość obiektów jest na stałe zamknięta. Nadprogramowy czas mogliśmy poświęcić na rozmowę z młodziutkimi mnichami buddyjskimi, którzy snuli przed nami plany swojej edukacji, poznawania internetu i przyszłego ożenku (oczywiście po opuszczeniu klasztoru). Piesza wycieczka po mieście, odwiedzone muzea i świątynie były jedynie preludium przed wizytą w S-21, byłym więzieniu Czerwonych Khmerów, którzy za czasów Pol Pota zaanektowali budynek szkoły średniej by mieć gdzie praktykować swoje barbarzyńskie metody przesłuchań. Zdjęcia więźniów, przyrządy tortur, cele więzienne jak i gołe ściany tego obozu koncentracyjnego wzbudzają uczucie ogromnego smutku i niezrozumienia.

Z Phnom Penh ruszyliśmy do Wietnamu łodzią, a granicę przekroczyliśmy na rzece. Przed terytorium Wietnamu kapitan naszej łódki zebrał od nas paszporty i zaniósł do pograniczników. Nas na ten czas wysłali do knajpki na obiad i piwo. Po niecałej godzinie odebraliśmy paszporty z wbitym stemplem Wietnamu. Żadnego przeszukiwania, skanowania bagażu, żadnych rozmów po co, dlaczego. Nawet nas celnicy na oczy nie widzieli.

Podczas tej przeprawy poznaliśmy 3 Norwegów, którzy w Phnom Penh spędzili 5 dni, z czego jeden na poligonie wojskowym. Tam za $350 wykupili wspaniałą atrakcję – strzał z prawdziwej bazooki. Jako cel można wybrać np. żywą krowę, ale nasi znajomi wybrali jedynie beczki. Poza tym postrzelali sporo z różnego rodzaju broni ostrą amunicją. Tu również nie zdecydowali się ani na krowę, ani nawet na kurczaki po $5 sztuka, ale celowali do kokosów za $1. Na owym poligonie można również pojeździć i postrzelać czołgiem i to wszystko pod patronatem wojska Kambodży. Nawet wystawiają faktury, tylko nie wiem czy można odliczyć od tego VAT lub wpisać w koszty uzyskania przychodu…

Na koniec zagadka. Jaka walutę wypłaca bankomat Kambodży??? Nie, nie jest to ich pieniądz, czyli riel. Bankomaty wypłacają amerykańskie dolary, które z uwagi na dużą inflację ich rodzimej waluty, są najskuteczniejszym środkiem płatniczym.