Category Archives: Tajlandia

Bangkok I 30.01 – 01.02.2012

Bangkok: 30.01.2012 – 01.02.2012

Bangkok jest bardzo smaczny, cały czas się tu coś przegryza z ulicznych straganów i budek na kółkach; szaszłyki mięsne, owoce morza, kluski z warzywami, sajgonki, naleśniki, ananasy, sushi, duriany itp. Itd. W chińskiej dzielnicy je się prawie wszystko, w menu niektórych restauracji figurują również płetwy rekina. Sami jedliśmy mięso rekina w Tajlandii, a kilka dni później dowiedzieliśmy się o brutalnych, nielegalnych połowach zwanych „finning”. Polegają one na odcinaniu płetwy rekinom na kutrze na morzu i wrzucaniu jeszcze żywych ryb z powrotem do wody, gdzie powoli umierają. Płetwa rekina w Azji jest traktowana jako rarytas i oznaka statusu społecznego. Sama w sobie ponoć nie ma smaku, więc doprawia się ją wieloma przyprawami. Najbardziej znana jest zupa z płetwy rekina.

Przez trzy dni łaziliśmy i pływaliśmy po Bangkoku; rzeką Chao Phraya można dotrzeć do wielu punktów miasta i jest to dużo ciekawsze niż metro czy autobus. Bardzo ładny Uniwersytet oraz świątynia Wat Arun leżą po przeciwnych jej brzegach.

Tak jak i na południu kraju, na ulicach, w restauracjach i prywatnych domach wiszą portrety króla Tajlandii, jest on tu bardzo poważany. Jego podobizna widnieje na banknotach więc jeśli się je niechcący upuści trzeba je jak najszybciej podnieść, aby król nie leżał na ziemi, a broń boże nie można na nie nadepnąć, gdyż jest to zniewaga króla. Aktualnie król jest chory i jeden Fin z Phuket polecił nam byśmy absolutnie nie poruszali tego tematu z Tajami, gdyż jest temat bardzo drażliwy.

Zwiedziliśmy obligatoryjne punkty takie jak kapiący złotem (prawie kiczowaty) Wielki Pałac Królewski oraz Świątynię Wat Phra Kaew, gdzie znajduje się Szmaragdowy Budda, którego w zależności od pory roku przyodziewa się w inny kubraczek. W pobliskiej świątyni Wat Phro widzieliśmy z kolei największego w Tajlandii leżącego Buddę z XVI wieku, ma 46 m długości i 15 m wysokości.

Wieczorami fundowaliśmy sobie masaż zmęczonych stóp. Popularne są tu również masaże rybami- „fish spa”; wkłada się nogi do akwarium, gdzie małe ryby podskubują i zjadają martwy naskórek. Nie spróbowaliśmy tego empirycznie gdyż słyszeliśmy i widzieliśmy, że ryby zamiast wsuwać stary naskórek ze stóp, przysysają się do łydek (nawet po peelingu).

Mieszkaliśmy kilka przecznic od najbardziej popularnej wśród turystów ulicy w Bangkoku- Khao San Road, która w dzień jest wielkim jarmarko-straganem z usługami wszelkiego typu- masaże i tatuaże, a w nocy to jedna wielka imprezowania. Jest tak głośno, że nie da się na niej rozmawiać.

Jednego wieczoru udaliśmy się też do dzielnicy czerwonych latarni- na ulicę Patpong. Sam Patpong to aktualnie stragan z podróbkami. Na pobliskich ulicach widzieliśmy tłumy młodych, znudzonych dziewczyn czekających na klientów, część z nich nie wyglądała na pełnoletnie. We wszystkich barach tańczyły na stołach dziewczyny, które również wyglądały na bardzo znudzone. Całość zrobiła na nas tak przygnębiające wrażenie, że wybiliśmy sobie z głowy wszelkie ping-pong show-y.

W Tajlandii w wielu hotelach czy bambusowych chatkach w podstawowym wyposażeniu pokoju poza ręcznikiem, mydłem i papierem toaletowym są również prezerwatywy. Seksturystyka wciąż kwitnie.

Opuściliśmy Bangkok o 6.00 rano 02.02.2012 pociągiem w stronę kambodżańskiej granicy.

Tajskie wyspy – wschodnie wybrzeże I 24 – 29.01.2012

Tajlandia. Wyspy – wschodnie wybrzeże: 24.01.2012 – 29.01.2012

 

Koh Tao: 24.01.2012 – 26.01.2012

O 23.00 wsiedliśmy na prom z Surat Thani i o po 7 godzinach dopłynęliśmy do brzegów wyspy Koh Tao, leżącej  na południowo- wschodnim wybrzeżu Tajlandii. Wokół wyspy znajduje się wiele atrakcyjnych miejsc do nurkowania, a wzdłuż wybrzeża ciągną się liczne szkoły nurkowe. Zdecydowaliśmy się zamieszkać w kurorcie „Sunshine Divers”, poleconym przez poznaną na półwyspie Railey Australijkę.

Zapisałem się na kurs PADI AOWD (Advanced Open Water Diver) aby móc schodzić do30 metrówi oglądać większe ryby, zostawiając Olę z tuńczykami i barakudami na głębokości  18 metrów. Szkoła nurkowa w ramach dwudniowego kursu oferowała za darmo nocleg. W ramach kursu szczególnie ciekawe było nurkowanie nocne, kiedy rybki oświetlone latarką prezentowały swoje naturalne kolory. W nocy doświadczyłem też zjawiska fosforescencji, kiedy cała nasza 5-osobowa grupa nurkowa zgasiła w wodzie latarki i zaczęliśmy machać rękami. Wszędzie pojawiły się małe, świecące punkciki – po prostu bajka.

Na Koh Tao spędziliśmy 3 dni, z czego 2 pod wodą – Marcin na kursie, Ola na nurkowaniu rekreacyjnym.

Wybrzeże Koh Tao pod wodą podobało nam się bardziej niż na Andamanach w Indiach – więcej tu kolorowych rybek, skał i innych stworzonek morskich, jak np. „choinki bożonarodzeniowe” (różnokolorowe drzewka o kształcie małej choinki, które się chowają przy pstryknięciu palcami).

 

Ko Phangan: 27.01.2012 – 29.01.2012

Na Koh Tao poznaliśmy Justynę i Michała, mieszkających od wielu lat w Londynie i z nimi ruszyliśmy w dalszą trasę – na wyspę Ko Phangan. Wybraliśmy jej północne wybrzeże z cichymi zatokami o turkusowej wodzie.

Całą czwórką zapisaliśmy się na nurkowanie ze szkołą nurkową na „Sail Rock”. Jest to wystająca formacja skalna pośrodku morza położona mniej więcej w połowie drogi między wyspami Koh Tao i Ko Phangan. Wyruszyliśmy z rana prywatną łodzią szkoły nurkowej „Sail’s Rock Divers”. Na pokładzie serwowano śniadanie, a między nurkowaniami pyszne curry z owocami na deser.

Nurkowanie przy Sail’s Rock było dla nas najpiękniejszym jakie kiedykolwiek mieliśmy. To miejsce jest niesamowite, gdyż skała położona pośrodku morza nie ma wielu kryjówek i ryby nie mają się gdzie schować, dzięki czemu można je oglądać w całej okazałości. Widzieliśmy olbrzymią murenę o długości ponad2 metrów, wyglądającą jak ogromny wąż morski. Zachwycające były całe ławice „Butterfly fish”, tuńczyków, węgorzy, barakud i małych „Nemo”. Inne wielokolorowe ryby muskały nas ogonami gdy stawaliśmy bez ruchu, istne cudo! Kolejną atrakcją skały jest fakt, że ma komin, w który można wpłynąć na 18-stu metrach i wypłynąć na 11-stu, lub odwrotnie.

Trochę głupio nam było zamówić na kolację barakudę, gdyż kilka godzin wcześniej pływaliśmy z jej braćmi wokół skały, no ale w końcu ją zjedliśmy.

Północ Koh Phangan jest znana z małego portu. Nocą widać z plaży mocno oświetlone łódki dryfujące na morzu, wyglądają jakby tam była jakaś impreza. Światła mają na celu przyciągnąć kalmary, które myślą, że płyną na dyskotekę, a w efekcie są łapane, suszone na słońcu i sprzedawane do restauracji i sklepów.

Po 3 dniach zostawiliśmy Ko Phangan, złote zatoki, domki na plaży, urocze wodospady i wróciliśmy nocnym promem do Surat Thani, skąd mieliśmy lot do Bangkoku. Uściski dla Justyny i Michała!

Przejażdżka na słoniku i bójka z Tajką I 22 – 23.01.2012

Khao Sok National Park: 22.01.2012 – 23.01.2012

Po zachodnim wybrzeżu pojechaliśmy do Parku Narodowego Khao Sok, gdzie zamieszkaliśmy w dżungli w domku na kurzej nóżce. Wieczorem mieliśmy koncert rechotania, grzechotania, świszczenia, piszczenia, świergolenia, świergotania i ćwierkania. W parku wiedzieliśmy motyla wielkości naszej dłoni, latające cudo.

Celem odwiedzenia parku były dla nas słoniki. Wykupiliśmy przejażdżkę na słoniu, wdrapaliśmy się z platformy na jego grzbiet i ruszyliśmy w stronę wodospadu. Woźnica naszego słonia początkowo szedł za nami, co nas nieco niepokoiło gdyż nasz „jumbo” okazał się małym buntownikiem i czasem sobie podbiegał nie bacząc na komendy. Uznaliśmy, że w razie czego będziemy skakać. Poczuliśmy się bardziej komfortowo gdy nieco później nasz woźnica usiadł na szyi słonia. Wycieczka do wodospadu i z powrotem zajęła 2 godziny, które nam w zupełności wystarczyły, gdyż nie jest to najwygodniejszy środek transportu. Nasz słoń był prześliczny, z małymi włoskami na szorstkiej skórze. Co pewien czas chłodził się dmuchając sobie trąbą w twarz i jednocześnie na nas. Na koniec przejażdżki kupiliśmy mu banany i nakarmiliśmy w nagrodę. Słonie nie bawią się w obieranie bananów tylko jedzą je całe, wraz ze skórką.

Z parku przez jeden guest house zamówiliśmy turystycznego vana, który miał nas zawieźć do portu w mieście Surat Thani, długość trasy to jakieś150 km. Już na początku coś kierowca kręcił mówiąc, że cena jest wyższa od ustalonej o 2 dolary, ale to zaakceptowaliśmy. Potwierdziliśmy z kierowcą, że wysadzi nas w porcie. Gdy dojechaliśmy do Surat Thani, turyści kolejno wysiadali na lotnisku i gdzieś w centrum, tak że zostaliśmy już tylko my.

Po kilku minutach kierowca się zatrzymał pod agencją turystyczną zapewne swojej znajomej albo żony i mówi nam, że mamy wysiadać, że to ostatni przystanek i możemy kupić bilet na prom w tej agencji. Pani z agencji już do nas podchodzi rozpromieniona, wita się serdecznie i zachwala swoją ofertę. My grzecznie odpowiadamy, że zamiast wycieczki wolimy być zawiezieni na portu, zgodnie z wcześniejszą umową (nie mieliśmy pojęcia w której części miasta jesteśmy). Po 10 minutach bezowocnej rozmowy, kierowca zaczął na nas krzyczeć, żebyśmy sobie już poszli i zabrali bagaże, bo mu się śpieszy z powrotem do parku Khao Sok i jak chcemy może nas tam zabrać 🙂  Nauczeni w Indiach, że grzeczne „pogróżki” pomagają wyegzekwować ustaloną trasę, powiedzieliśmy, że wezwiemy policję. Na to nasi rozmówcy się roześmiali (w Indiach naprawdę to działało…), wiec spisaliśmy wszystkie dostępne dane samochodu. Poprosiliśmy również naszego kierowcę o imię i nazwisko dla kompletności informacji. Na to ten przestał się śmiać, nawet przestał się już śpieszyć, tylko czym prędzej uciekł.

Uznaliśmy, że również spiszemy nazwę agencji turystycznej współpracującej z kierowcą, aby móc „zarekomendować” ją w internecie. Gdy Tajka z agencji zorientowała się w sytuacji, w mgnieniu oka podbiegła do Marcina, chwyciła za bluzkę, drapiąc mu klatę do krwi i wyrwała zeszyt. Ten notatnik stanowi dla nas dużą wartość sentymentalną i informacyjną, mamy tam zapiski od Chin, więc Marcin odebrał Tajce zeszyt, gdy ta zdążyła już z niego wyrwać 2 strony. To nie spodobało się Tajce i ruszyła z pięściami. Tak z minutę stała naprzeciwko Marcina z podniesioną gardą, strasząc to lewym to prawym sierpem. Klęła przy tym po angielsku, byśmy na pewno zrozumieli co chciała nam przekazać: „You fucking man, you fucking man”. Krzyczała coś, że ona tylko chciała nam pomóc, ale skoro jej dokuczamy to zaraz zniszczy nam też aparat fotograficzny. Marcin postanowił, że nie będzie walczył z nadpobudliwą Tajką (może to zawodniczka Muay Thai…) i trzymając ręce w dole, prosił grzecznie o spokój. Emocje trochę opadły, Tajka odeszła do swojego narożnika, a my opuściliśmy ring.

Okazało się, że port znajdował się 1,5km od tego miejsca więc doprawdy kierowca zaoszczędziłby sobie i nam kłopotu odwożąc nas na miejsce, a tak stracił jakieś 40 minut.

Finalnie doszliśmy na piechotę do portu i kupiliśmy bilet na nocną łódkę na wyspę Koh Tao, mekki nurków.50 mprzed portem zaczepił nas kierowca tuk tuka i zaoferował podwózkę, za co miałby otrzymać ponad $3 premii od ceny nominalnej naszych biletów. Zgodziliśmy się, pod warunkiem, że dostaniemy 50% tej prowizji. Odstawiliśmy wspólnie szopkę przejeżdżając 50 m do portu tuk tukiem, za co zarobiliśmy ponad $1,5.

Tego dnia (23 stycznia) był pierwszy dzień chińskiego nowego roku, roku smoka. W wielu miejscach widzieliśmy imprezy, zabawy i tańce.  My również świętowaliśmy, ale urodziny Natalki.

Tajskie wyspy – zachodnie wybrzeże I 16 – 22.01.2012

Tajlandia. Wyspy – zachodnie wybrzeże: 16.01.2012 – 22.01.2012

 

Phuket:  16.01.2012 – 18.01.2012

Polskie media zrobiły nieco szumu wokół niedawnej powodzi w północnej Tajlandii, dlatego zdecydowaliśmy się zobaczyć tylko południe i Bangkok. Opuściliśmy Delhi i po 6-cio godzinnym międzylądowaniu w Kuala Lumpur nasz samolot wzbił się w powietrze by wylądować w Tajlandii na osławionej wyspie Phuket. Z premedytacją wybraliśmy okolice najbardziej imprezowej plaży – „Patong”.

Z lotniska turystyczny van zabrał nas do dzielnicy tańszych hoteli. Po Indiach wydawało nam się, że jesteśmy w Zurychu. Naszego eleganckiego, klimatyzowanego vana wyprzedzały same drogie, nowe samochody. Przejeżdżaliśmy koło kilku olbrzymich Tesco i co najmniej pięciu McDonaldów. Im bliżej do celu, tym więcej Sheratonów i innych Mariott’ów.

Szukając noclegu przeszliśmy jedną ulicę, na której 100% właścicieli hoteli to Europejczycy (głównie Anglicy) i Australijczycy. Zdecydowaliśmy się zamieszkać u Pekki – Fina, który osiadł tu 20 lat temu, poślubił Tajkę i żyje z nią i dwójką dzieci doglądając interesu. Zlitował się nad parką z Europy Wschodniej i wspominając z rozrzewnieniem swoje lata backpakerskiej młodości, opuścił nam cenę o 40%.

Najkrótsza trasa na plażę prowadziła przez olbrzymie centrum handlowe. Tętniące życiem, usiane knajpkami o cenach europejskich oraz z pokazem tańczących fontann na dziedzińcu, centrum zawzięcie konkuruje z plażą w przyciąganiu rzeszy turystów.

Plaża Patong wygląda jak Mielno w sezonie, ze świecą szukać miejsca gdzie można położyć ręcznik. Ciężko się zdrzemnąć przy akompaniamencie skuterów wodnych, motorówek ciągnących bananowe pontony i turystów na spadochronach. Starsi panowie spacerują przytulając młodziutkie Tajki, a czasem Tajów. Phuket jest największą wyspą Tajlandii i zapewne posiada cichsze zakamarki, natomiast głośny Patong upodobali sobie przede wszystkim obwieszeni złotem Rosjanie. Słychać też Anglików, Amerykanów, czasem Francuzów.

Knajpy na Patong’u serwują jedzenie z każdego zakątka świata – azjatyckie, europejskie, amerykańskie itd. Jako że  przez 5 tygodni Indii zamieniliśmy się prawie w wegetarian, miło było podjeść znowu trochę wołowiny i kurczaków, a świetnym miejscem okazał się Burger King…

A wieczorem? Wieczorem pod naszym oknem wsiadają na skuter starsi i młodsi panowie, co drugi z Tajką. Czas na imprezę na ulicy Bangla. Tłum gapiów, imprezowiczów i seksturystów tworzy jedną masę przetaczającą się powoli w stronę morza i z powrotem. Kluby gogo zachęcają do wejścia wystawiając na przynętę Tajki, tańczące na rurze przy zewnętrznych stolikach, co jakiś czas rozbierając się do majtek ku uciesze panów z brzuszkami. Niektóre mocno zblazowane ze znudzeniem przestępują z nogi na nogę. Ladyboye przed i po operacji kuszą krótkimi spódniczkami. Na samej plaży też impreza, w rytmach techno można odreagować rok ciężkiej pracy, wykąpać się na golasa w morzu albo oglądać odlatujące lampiony.

Po 2 dniach czmychnęliśmy w poszukiwaniu spokojniejszej enklawy.

 

Koh Phi Phi: 18.01.2012 – 19.01.2012

 Koh Phi Phi nie okazało się oazą spokoju ze względu na wysoką liczbę turystów, w końcu przyjechaliśmy w sezonie. Wyspa jest uważana za jedną z najpiękniejszych w Tajlandii. Składa się jakby z dwóch górzystych wysepek połączonych pośrodku wąskim pasem lądu, w jednej zatoce znajduje się port, a w drugiej bajeczna plaża. Ze względu na takie ukształtowanie terenu, tsunami z 2004 roku bardzo zniszczyło właśnie Koh Phi Phi, gdyż fala z łatwością przebiła się przez środek wyspy. Dziś nie ma śladu po tsunami, a nowa, gęsta zabudowa ponownie narusza ekosystem wyspy.

Ceny są wygórowane, wyższe nawet niż na Phuket. Z trudem znaleźliśmy rachityczną bambusową chatkę za $23/ noc. Na wyspach wszystko załatwia się przez agencje turystyczne. Nie istnieje oficjalna kasa w porcie, gdzie można dostać bilety na prom. Na Phi Phi po raz pierwszy skosztowaliśmy przepysznego, tajskiego jedzenia, na bazie mleczka kokosowego, owoców morza, trawy cytrynowej, ostrych sosów i tysięcy innych przypraw.

Zostaliśmy tylko jedną noc i wykupiliśmy wycieczkę łodzią połączoną ze snorklowaniem na kilku plażach naszej i pobliskiej, niezamieszkałej wyspy Phi Phi Leh.

Widzieliśmy m.in. plażę „Monkey Beach”, gdzie turyści karmią czym popadnie mocno już spasione małpy, widok jest dość przykry bo małpki tylko siedzą i jedzą, często niezdrowe dla nich fastfoody. Dalej przepływaliśmy koło grot i jaskini Wikingów, snorklowanie w błękitnej wodzie z widocznością na 15m było cudowne.

Główną atrakcją takiej wycieczki jest plaża ”Maya Bay”, gdzie kręcono film „Niebiańska plaża” z Leonardo DiCaprio. Wzbudził on niesmak ekologów gdyż przy produkcji filmu Amerykanie postanowili upiększyć i powiększyć plażę usuwając z niej część wydm i sadząc dodatkowe palmy.

Aktualnie w sezonie przypływa tu tak wielu turystów, że ciężko ją uznać za rajską plażę.

Po wieczornej kolacji złapała nas tak olbrzymia ulewa i burza z piorunami, że przez 2 godziny nie mogliśmy wrócić do naszej chatki. Na szczęście chatka okazała się bardziej wytrzymała niż podejrzewaliśmy, a daszek z liści palmy nie przepuścił ani kropli.

 

Półwysep Railey: 19.01.2012 – 22.01.2012

Z Kho Phi phi popłynęliśmy na półwysep Railey, na który można się dostać jedynie łodzią ze względu na skały uniemożliwiające przedarcie się lądem. Jest on znany przede wszystkim wśród osób kochających wspinaczkę, które zjeżdżają się z całego świata by zdobyć liczne wapienne formacje skalne. My wdrapaliśmy się jedynie na jedno wzgórze w okolice laguny, a że poprzedniej nocy padało, umorusaliśmy się przy tym niemiłosiernie.

Railey posiada cztery plaże: wschodnią- namorzynową, zachodnią, Ton Sai i najładniejszą Phra Nang, gdzie znajduje się bardzo ciekawa jaskinia/ świątynia Księżniczki. Rybacy modlą się do niej przed wyjściem w morze i jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, w podzięce składają jej ofiary. Jako, że księżniczka jest odpowiedzialna za urodzaj i płodność, oczekuje przede wszystkim darów w kształcie fallusów…

Na Railey spędziliśmy trzy przemiłe wieczory z małżeństwem z Warszawy- Anią, Markiem i ich synkiem Bartkiem- pozdrawiamy Was gorąco jeśli nas czytacie. Jakże miło spotkać Polaków na obczyźnie;) Na wspólnej kolacji skonsumowaliśmy m.in. krokodyla, który smakował jak kiepski kurczak- nie polecamy oraz rekina, który jest bardzo smaczny.

23.01.2012 – Zdrowie Natalki!!!

Staliśmy się dumną ciocią i wujkiem ślicznej Natalki.