Category Archives: Chile

Na końcu świata I 17 – 22.06.2012

Punta Arenas: 17.06.2012 – 19.06.2012

Puerto Natales: 19.06.2012 – 22.06.2012

„Nie jedźcie do Patagonii, zamarzniecie tam o tej porze roku”- ostrzegali nas poznani niedawno Argentyńczycy, Chilijczycy i turyści. Faktycznie, sezon skończył się w marcu, od czerwca pozamykali większość „refugios” (schronisk). My się jednak uparliśmy, nie wiadomo przecież kiedy znów wrócimy do Ameryki Południowej, a ponadto jesteśmy z Polski, nam zima nie straszna.

Lot z Santiago obejmował dwie przesiadki- w Puerto Montt i Balmaceda. Po 5 godzinach wylądowaliśmy nad cieśniną Magellana (który odkrył i ochrzcił ten teren „Patagonią”) w Punta Arenas, najdalej na południe położonym mieście lądu stałego Ameryki Południowej. Pod nami wyspa – Ziemia Ognista, którą można dojrzeć przy dobrej pogodzie, a dalej już tylko Antarktyda. Poczuliśmy się jakbyśmy byli na końcu świata – wkoło ocean, góry, niesamowite pejzaże i mroźny wiatr, który ponoć potrafi zdmuchnąć chuderlaków. Atmosfera portowego miasta, pełnego marynarzy i rybaków. Teren bogaty w kopalnie, owce, ryby i owoce morza.

Przyjęło nas pod swój dach, na kanapę, świeżo upieczone małżeństwo. Ona Amerykanka, on Chilijczyk, a właściwie Patagończyk, jak siebie nazywają ludzie z dalekiego południa. Poznali się w Kolumbii i na razie żyją w jego rodzinnym mieście, do czasu aż on dostanie wizę do Stanów. Dziewczyna niesamowicie zaradna, zanim znalazła pracę w swoim zawodzie, zaczęła uczyć angielskiego, dziergać na drutach i piec ciasteczka, które to wyroby sprzedaje. Do tego naucza jogi, organizuje degustacje wina i hoduje roślinki jadalne. Zaprosiła nas na swój seans jogi, nazywa go joga-power, gdzie przy zgaszonym świetle, świecach i kadzidłach przez półtorej godziny wyginaliśmy się w pozycje psa, drzewa, ptaka i czegoś jeszcze. Poznaliśmy też ich znajomych, których ciężko było zrozumieć albowiem chilijski hiszpański mocno odbiega od oficjalnej wersji, m.in. czasownik w drugiej osobie l.poj. potrafi kończyć się na „ai”, posiadają własne nazewnictwo np. „mina” to „dziewczyna”, „pololo” oznacza „chłopaka, z którym się randkuje”, dodają przerywniki typu „cachai” (czaisz?), a drugiej formy liczby mnogiej raczej się nie używa. Dowiedzieliśmy się, że często Amerykanie w ogóle się nie uczą 2 os. liczby mnogiej gdyż prędzej odwiedzą Amerykę Południową, gdzie wiedza ta jest zbędna, aniżeli Hiszpanię.

Ładny widok na Punta Arenas rozciąga się z rezerwatu „Reserva de Magallanes”, 8km pod miastem. Rezerwat o tej porze roku jest bezpłatny, gdyż świeci pustkami, więc mieliśmy całe tony śniegu dla siebie. W końcu poczuliśmy klimat Bożego Narodzenia, którego brakowało nam na wyspach Andamańskich w grudniu… Porzucaliśmy się śnieżkami i wróciliśmy do miasta stopem, załapując się jeszcze na zobaczenie niesamowitego cmentarza miejskiego nocą.

Z Punta Arenas pojechaliśmy do Puerto Natales, miasteczka, które służy za bazę wypadową do Parku Torres del Paine. Niestety zamknięte zostały kilkudniowe trekkingi ze względu na opady śniegu. Do wyboru pozostała nam zorganizowana całodniowa wycieczka bądź jednodniowe wypady z jedynego otwartego schroniska, gdzie poza sezonem noc kosztuje 150 PLN od osoby, a w sezonie jeszcze drożej. Ogólnie ceny tu na południu są dużo wyższe niż w reszcie kraju.

Wykupiliśmy wycieczkę, tłumów w minibusie nie było- poza nami  jeden Anglik- Matt oraz żona i koleżanka kierowcy.

Nazwa parku „Torres del Paine” oznacza błękitne wieże (niebieskie w języku ludów niegdyś tam mieszkających). Pod koniec roku 2011, 27 grudnia, grupka turystów z Izraela niechcący wznieciła ogień w parku. Ewakuowano wszystkich turystów, gaszono wielokrotnie pożar, który rozprzestrzeniał się z zawrotną prędkością na skutek silnego wiatru, przedostając się na drugą stronę jeziora. Ziemia była tak wysuszona, że nawet jak z góry ugaszono ogień, to wznawiał się od środka ziemi, bowiem korzenie roślin zaczynały płonąć. Chile przyszły z pomocą ekipy strażaków z Argentyny, Brazylii i Urugwaju, a mimo to udało ugasić się pożar dopiero po 2 miesiącach, gdy pochłonął już połowę parku. Izraelczyków złapano jak uciekali z miejsca zbrodni i nałożono na nich skromną grzywnę. Jednak rząd Izraela poczuł brzemię odpowiedzialności i zobowiązał się pokryć koszty nowych nasadzeń, które rozpoczęto w marcu i zostaną wznowione w sierpniu-wrześniu. Polacy również mieli swój wkład w destrukcję parku. Mianowicie w 2005 roku Polak pichcił coś na przenośnej kuchence, na skutek czego spłonęła wschodnia część lasu, zniszczenia jednak nie osiągnęły takiej skali, a Polak sam się przyznał i oddał w ręce policji.

Mimo tych nieszczęśliwych wypadków, serce rośnie na widok parku. Góry, po których hasają guanaco (podobne do lamy) oraz nandu (z rodziny strusiowatych), nad głowami latające kondory i liczne laguny, których piękna żadne zdjęcia nie oddadzą, były jednymi z najpiękniejszych pejzaży jakie widzieliśmy w naszym życiu. Oto one:

http://youtu.be/k6b-9m_DerQ

Chile I 14 – 17.06.2012

Santiago de Chile, Valparaiso: 14.06.2012 – 17.06.2012

Zawierucha i śnieżyca po stronie chilijskiej spłatały nam figla i zmusiły do zostania noc dłużej w Mendozie. Z rana czatowaliśmy na dworcu czekając na kolejne raporty pogodowe przekazywane przez Chile. Santiago było prawie na wyciągnięcie ręki, jakieś 200-250 km w linii prostej od nas, ale na przeszkodzie stały zaśnieżone Andy.  Po południu autobusy dostały zielone światło i ruszyliśmy w stronę granicy argentyńsko-chilijskiej. Dość szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy jedynymi gringo, a ponad połowa autobusu to handlarze, a przede wszystkim handlarki szmuglujące różne towary przez granicę. Bez ogródek głośno debatowały o tym, która co chce przemycić; papierosy, alkohol, jakieś perfumy i oleje. Handlarki wymieniały się swoimi doświadczeniami i uzgadniały, który celnik jest najmilszy, a który najgroźniejszy. Najgroźniejsza okazała się pani celnik, ponoć niesamowita zołza, tudzież niezła zdzira, na którą trzeba bardzo uważać. Tuż przed granicą handlarki nagabywały nas byśmy wzięli od nich kilka toreb, jednak wizja spędzenia reszty życia w chilijskim więzieniu, gdyby okazało się, że przewozimy narkotyki a nie papierosy, sprawiła, że odmówiliśmy. Na granicy stres wśród handlarek przeniósł się na nas, Chilijczycy bowiem trzepią bagaże, a lista zabronionych produktów jest długa. Nie chcieliśmy oddać naszych owocków celnikom więc zjedliśmy wszystkie banany i mandarynki na granicy. Argentyna, tak jak Australia, też ma hopla na punkcie swojej flory i między poszczególnymi prowincjami nie wolno przewozić owoców, warzyw, czasem mięsa.

Nie wiemy jak to się stało, ale handlarki tak lawirowały między celnikami, rozbijając swoje towary na wiele pojedynczych toreb wrzucanych kolejno na taśmę, że nie wiadomo było już co do kogo należy i celnicy wszystkich przepuścili. Jak wsiedliśmy z powrotem do busa, kobiety świętowały zwycięstwo, poza jedną, która straciła sporą torbę, prawdopodobnie przechwyconą przez celników jako zapłata za przymrużanie na nie oka.

No i jesteśmy w Chile. W stolicy ludzie są zamożniejsi, ale wydają się tacy zabiegani i mniej uśmiechnięci niż ich sąsiedzi z ubogiej Boliwii. W Santiago mieliśmy spotkać się z kolegą, ale akurat pojechał do Polski na wakacje. Zostawił nam jednak klucze do mieszkania i czuliśmy się tam jak u siebie. Santiago jest przepięknie położone, otoczone górami. Jedyny mankament to smog, który, tak jak w Mexico City, nie ma ujścia i osadza się nad miastem. W Santiago śledziliśmy mecz ostatniej szansy i smutni wróciliśmy z oglądania rozgrywki Polska- Czechy.

150 km od Santiago leży Valparaiso, portowe miasto z wielobarwnymi domkami poprzyklejanymi do wzgórz. Domy są często ruderami, ale kolorowa farba jest niczym make-up ukrywający ich wiek. W Valparaiso szkoli się flota wojskowa Chile, a w porcie stoją chilijskie fregaty, którym nie wolno robić zdjęć.

Żal było opuszczać nam Santiago, ale mieliśmy już kupione bilety lotnicze do Punta Arenas. Patagonia nas wołała…