Daily Archives: 2011/11/26

WĄWOZ SKACZĄCEGO TYGRYSA I 21 – 22.11.2011

Prowincja YUNNAN

WĄWOZ SKACZĄCEGO TYGRYSA 21.11.2011 – 22.11.2011

Nazwa Wąwoz Skaczącego Tygrysa zawdzięcza legendzie mówiącej, że wąwóz jest tak wąski, że tygrys przeskoczył z jednej strony rzeki na drugą. Jest to jeden z najgłębszych wąwozów na świecie.

Weszliśmy na ok.2600 m.n.p.m. Widoki są niesamowite, a krajobraz bardzo zmienny- od ostrych skał po ciepłe piaskowce i łąki. Na dnie wąwozu płynie sobie dostojnie Jangcy- najdłuższa rzeka Azji.

Po drodze poznaliśmy bardzo sympatyczną parę- Kanadyjkę i Amerykanina. Gdy doszliśmy razem na szczyt wąwozu ujrzeliśmy kolejną Mamę Naxi sprzedającą napoje i owoce. Skusiliśmy się na kupno Coli i mandarynki. Para znajomych nie kupiła nic. Następnie razem podziwialiśmy krajobraz z punktu widokowego. Gdy Kanadyjka z Amerykaninem chcieli ruszyć w dalszą drogę, Mama Naxi postawiła im szlaban i kazała zapłacić za obejrzenie widoków, pokazując jednocześnie, że nic u niej nie kupili wiec muszą albo coś kupić albo zapłacić. Amerykanin zignorował ten szantaż i podniósł szlaban przepuszczając Kanadyjkę przodem. Mama Naxi się wściekła i zaczęła pluć na naszą parę, a gdy ta ruszyła dalej zaczęła w nią rzucać głazami. Na szczęście nie wcelowała. Bez chwili zastanowienia my też wstaliśmy i przeszliśmy przez szlaban. Mama Naxi zwróciła się ku nam prosząc o zapłatę, a my odpowiadamy, że przecież zrobiliśmy u niej zakupy. To jednak nie wystarczyło i Mama Naxi postanowiła też nam opluć spodnie. Czmychnęliśmy zanim sięgnęła po głaz.

 Trekking w wąwozach może być bardzo niebezpieczny. Mimo wszystko zgodnie uznaliśmy, że trekking tam to było jedno z naszych najpiękniejszych przeżyć w Chinach, a nocleg w uroczym schronisku na szczycie niezapomniany. Tak wiec ostatecznie zdecydowalismy sie, ze naszym nastepnym przystankiem bedzie Nepal, gdzie planujemy ponad tygodniowy trekking pod Annapurne, jeden z osmiotysiecznikow.

Wojownicze plemie Naxi I 19 – 20.11.2011

Prowincja YUNNAN

LIJIANG – 19.11.2011 – 20.11.2011

Dotarliśmy do urodzajnej prowincji Yunnan, skąd pochodzi jedna z naszych ulubionych herbat. To tutaj żyło i częściowo nadal mieszka plemię Naxi oparte na zasadach matriarchatu. Tutaj kobiety prowadzą interesy i dbają o finanse rodziny. Mężczyźni w tym czasie oddają się muzyce bądź ogrodnictwu. W naszym przypadku faktycznie tak było i spotkane na naszej drodze kobiety z plemienia Naxi nie tylko rządziły twardą ręką, ale do tego były bardzo waleczne, wręcz agresywne, ale po kolei.

W związku z opóźnieniem naszego lotu o 3 h do Lijiang dotarliśmy późno, ok. 1 w nocy. Pokój otworzyła nam młoda dziewczyna i od razu poszła gdzieś spać nie prosząc nawet o zapłatę. W pokoju było zimno jak w psiarni, koc elektryczny nie działał i do tego nie było ciepłej wody, a marzyła nam się kąpiel. Wyszliśmy szukać dziewczyny, ale przepadła i nie odpowiadała na nasze nawoływania. Padnięci i wściekli poszliśmy spać.

Gdy obudziliśmy się rano podziębieni zdecydowaliśmy, że nie zapłacimy za pokój. Młoda dziewczyna zawołała Mama Naxi- właścicielkę hostelu. Mama Naxi krzyczała na nas przez 15 minut łamaną angielszczyzną, z której zrozumieliśmy tyle, że nie zapłaciliśmy więc powinniśmy byli spać na ulicy. Jak chcieliśmy dojść do słowa to mówiła o sobie w trzeciej osobie: „Mama Naxi no listen, no listen. No Money, you go street”. Zapłaciliśmy połowę ceny by nie kruszyć kopii i wyszliśmy z tego przybytku.

Znaleźliśmy nowy hostel 200m od Mama Naxi, którego właścicielką też była jakaś Mama Naxi, ale zarządzał nim spokojny chłopak, który codziennie grał na gitarze i śpiewał. W każdą niedzielę dawał koncerty muzyki sentymentalnej w barze naprzeciwko hostelu.

Lijiang jest bardzo turystyczny, mieliśmy wrażenie, że wszyscy Chińczycy się tu zjechali. Z drugiej strony miasto jest urocze, a mieso jaka na sniadanie bardzo pozywne. Lijiang posłużyło nam jako baza wypadowa do Wąwozu Skaczącego Tygrysa.

Pandy I 18.11.2011

Prowincja SECZUAN

CHENGDU 18.11.2011

Chengdu to ponad 10 milionowe miasto, stolica prowincji Syczuan, z wieloma wieżowcami i budynkami wielkiej płyty leżące w prowincji Syczuan. Zdążyliśmy trochę po nim pochodzić i zobaczyć ośrodek pand. Życie pand polega na wcinaniu bambusów i spaniu. Okres godowy pand przypada na kwiecień-maj, a ciąża trwa średnio 4 miesiące. Dlatego wszystkie pandy rodzą się w sierpniu bądź wrześniu. Widzieliśmy pandę, która urodziła się 30 września;)

Wieczorem wsiedliśmy w samolot do Lijiang.

Gliniana Armia I 15-17.11.2011

Prowincja SHAANXI

XI’AN 15.11.2011 – 17.11.2011

Xi’an jest 5 milionowym miastem, również byłą stolicą Chin, gdzie lwia część samochodów jeździ po wyznaczonych  pasach. Jest bardzo nowoczesne i eleganckie. Pełno tu galerii handlowych, a z drugiej strony widać klimatyczną starówkę i dzielnicę muzułmańską z kebabami, daktylami i chałwą.

Do Xi’an przyjechaliśmy w jednym celu- aby zobaczyć Terakotową Armię. Armia, którą odkryli niecałe 40 lat temu wieśniacy kopiący studnię, robi kolosalne wrażenie na żywo. Można oglądać tysiące żołnierzy zakopanych pod ziemią, aby strzegli grobu pierwszego cesarza, który zjednoczył Chiny- Qin Shi Huanga. To niesamowite, że żołnierze przetrwali pod ziemią ponad 2000 lat i dopiero niedawno zostali odkryci w tak dobrym stanie. Żołnierze i ich konie są naturalnych rozmiarów. Każdy ma inną, spersonalizowaną twarz odzwierciedlającą konkretnego wojownika. Pierwotnie wszyscy byli w kolorze. Wykopaliska nadal trwają i pozostaje tam jeszcze bardzo wielu żołnierzy czekających na wydobycie na światło dzienne – moze wiec jest to miejsce polskich archeologow, Robert? Chińczycy nazywają Armię Terakotową kolejnym z cudów świata.

W Xi’an zamówiliśmy kluski na chybił trafił z menu napisanego ręcznie bez żadnych obrazków, z cenami po chińsku. Kluski okazały się być z mięsem, które dziwnie smakowało co niezdrowo uruchomiło naszą wyobraźnię. Zjedliśmy po misce popijając 2 herbatkami i 2 piwami. Gdy płacąc rachunek okazało się, że cały obiad z napojami kosztował nas na dwie osoby 21 yuanów (10 złotych) to uznaliśmy, że był jednak bardzo smaczny.

 Z Xi’an, nauczeni doświadczeniem i zaopatrzeni w zupki chińskie, wsiedliśmy do nocnego pociągu jadącego do Chengdu.

Wiedzieliśmy, że w Chengdu zabawimy bardzo krótko, niecałą dobę w oczekiwaniu na samolot więc zastanawialiśmy się co zwiedzić. Wtem dostaliśmy znak z niebios gdyż na dolnej pryczy ujrzeliśmy pandę, z której słynie miasto Chengu. Po głębszej analizie okazało się że panda była niską, tęgą Chinką (podejrzewamy, że była w ciąży), której wygląd i zachowanie nas bardzo zmyliło. Panda – Chinka całą drogę wcinała bambusa (w pociągach często sprzedają bambusy), głośno odgryzając korę, a potem przez całą drogę (jechaliśmy 16h) coś jadła (bambusy, owoce, zupki chińskie, ryżową potrawkę, wołowinę i inne specjały), z krótkimi przerwami na drzemkę.

Budda i Kung Fu I 12 – 14.11.2011

Prowincja HENNAN

LUOYANG 12.11.2011 – 14.11.2011

Z Pingyao przedostaliśmy się do Luoyang, jednej z wcześniejszych stolic Chin. Tu szybciutko kupiliśmy zupki chińskie. Są pyszne! Wybór szeroki, do wyboru, do koloru. Na obrazkach są różne rodzaje mięs, chociaż i tak pewnie nawet koło mięsa nigdy te zupki nie stały.

Następnego dnia z rana wyruszyliśmy autobusem miejskim oglądać klasztor Shaolin. Wysiedliśmy z autobusu pod klasztorem, autobus pojechał dalej, a my zorientowaliśmy się, że w autobusie została kurtka Marcina. Marcin zaczął gonić autobus, ale ten bardzo przyspieszył i był nieuchwytny. Zaczęliśmy krzyczeć na lewo i prawo, mieliśmy szczęście bo wkoło stało wiele osób oraz policja. Marcin wsiadł na skuter z pierwszym lepszym Chińczykiem i pognał za autobusem, a ja krzyczałam do policjanta „help, help!”. Przygoda skończyła się tak, że policja zrobiła blokadę i zatrzymała autobus, Marcin podjechał tam na skuterze, a Chińczycy rozpromienili się gdy Marcin ponownie pojawił się w autokarze i zabrał swoją kurtkę. Chińczyk od skutera żądał zapłaty za pomoc i był zadowolony z 10 yuanów (5 zł), które otrzymał. Podobno nawet jak się złapie autostop, co jest raczej rzadkim zjawiskiem, to Chińczycy i tak oczekują zapłaty.

Po tej rozgrzewce poszliśmy do klasztoru, którego lata świetności już dawno minęły. Prawdziwego mnicha tam nie uświadczysz, a adepci kung fu za drobną opłatą pokazują swoje umiejętności na raczej średnim poziomie. Na szczęście dla przyszłości kung fu w klasztorze pojawił się wysłannik miejskiego stylu Shaolin, reprezentant PJP EliteCrewClub, który zademonstrował swoje niespotykane umiejętności. Podziw i szacunek rysował się na twarzach zdezorientowanych wychowanków klasztoru. Na miejsce został ściągnięty Wielki Przeor Klasztoru, który osobiście wręczył wysłannikowi PJP dożywotnie zaproszenie do szkoły kung fu dla niego i jego ekipy. Ten udany wyjazd został przypieczętowany 在akupem shurikena.

Następnego dnia zwiedziliśmy groty Longmen wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Są to wykute w skale na przestrzeni1 kmrzeźby przedstawiające Buddę i członków dworu cesarskiego. Były one zamawiane przez cesarzy, generałów i arystokrację jako ofiara o sprzyjający los i szczęście.

Pod grotami utwierdziliśmy się w przekonaniu, że dla turystów są wyższe ceny niż dla Chińczyków. Skusił nas tam zapach omletów, które pani smażyła na ulicy. Podejrzeliśmy, że przed nami Chińczyk zapłacił za placek 2 yuany (czyli 1 złoty). Poprosiliśmy więc o omleta, a sprzedawczyni pokazuje, że kosztuje 5 yuanów. My na to na migi, że pan przed nami zapłacił 2 yuany, na co pani z rozbrajającym uśmiechem pokazuje nam, że w takim razie musimy zapłacić 3 yuany.

Wieczorem zjedliśmy kolecje w bardzo „eleganckiej”, lokalnej restauracji. Nie wiedzieć czemu zaproszono nas do pustych stolikow na zapleczu;) Zaserwowano nam potrawkę z kurczaka z kluskami. Podana na jednym dużym talerzu wyglądała na kurczaka z ziemniakami i warzywami. Jak zjedliśmy większość, przyszła kelnerka i dorzuciła nam do brei kluski, abyśmy mogli spałaszować pozostający sos. Polecamy!

Z Luoyang zaszaleliśmy i kupiliśmy bilet na szybki pociąg jadący 250 km/h i po dwóch godzinach, wieczorem byliśmy w Xi’an. Są oddzielne dworce dla szybkich pociągów, które wyglądają luksusowo, jak lotniska. Na tym dworcu widzieliśmy eleganckich Chińczyków w markowych bądź quasi markowych ubraniach.